niedziela, 18 maja 2014

4.,,Tysiąc razy powtórzone kłamstwo za tysiąc pierwszym staje się prawdą”


Przepraszam za opóźnienia... Teraz już na serio... Notki będą pojawiać się raz na miesiąc, ale postaram się by były dłuższe...
W tym rozdziale zawarłam pewne przesłanie dla siebie i innych...
Przepraszam za zmiany czcionki podczas czytania, nie umiem nad tym zapanować...
Miłego czytania....
***
   20 luty 2014r. okolice Tokio (Japonia)
  Katherine siedziała cicho na tylnim siedzeniu mojego samochodu. Bawiła się mieczem, który zdobyła podczas ostatniej walki. Była całkowicie nieobecna. W tym momencie nie próbowałem jej nawet po wkurzać, ale… O co chodzi Mary? Czyżby naprawdę były siostrami?  Czy to w ogóle możliwe? Z drugiej strony ze słów tego rozkapryszonego bachora wynikało, że Katherine należała do ich rodziny. Czy to było możliwe? Z drugiej strony kompletnie nic nie wiedzieliśmy o łowczyni? Znaliśmy tylko imię i jej marzenie… Koniec wszystkich demonów…
-Gdzie teraz jedziemy?- spytał John.
-Wy zostawiacie mnie tu- powiedziała spokojnie.
     Odwróciliśmy się do niej. Byliśmy po środku jakiegoś lasu, a ona chce stąd wyjść? Co jej znowu odbiło?
-Muszę powtórzyć japońskim łowcą parę zasad i wyjawić im mój plan- powiedziała poważnie, kładąc nacisk na słowo zasady- Wróćcie dokładnie za godzinę w to miejsce- rozkazała tonem, nie tolerującym sprzeciwu- Jeśli spróbujecie mnie śledzić- zaczęła i na chwilę urwała z przerażającym uśmiechem- Zresztą nie uda wam się to- skończyła z satysfakcją i pośpiesznie opuściła samochód, ginąc gdzieś wśród drzew.
     Ruszyłem z piskiem opon. Wkurza mnie to wszystko. Traktuje nas jak zabawki! Gdyby nie Ona nie robiłbym tego! Co wygaduje? Jestem debilem, przejmującym się jakimiś snami. Ona pewnie nawet nie istnieje! Spojrzałem na śpiącego Johna, wyglądał na zmartwionego. Jaki on ma cel w tym wszystkim? Sam nie wiem…
     Jadąc bez celu z zawrotną prędkością. Zobaczyłem stojącą na środku drogi kobietę. Nie zdążyłem wyhamować, to było nie możliwe. Skręciłem w bok.  Jej twarz mignęła mi przed oczami. Niemożliwe!
Ursa ( Stany Zjednoczone), lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte
     Ursa to mała wieś… Do dziś zamieszkuje ją niespełna 600 osób. Tak niewielu ludzi, a potrafiło zniszczyć całkowicie życie młodej Metyski. Codziennie dowiadywała się jak to jest być niesłusznie oskarżanym.  "O wiele trudniej jest sądzić samego siebie niż bliźniego"- słowa z ,, Małego Księcia” wciąż były głęboko w jej sercu. Rozumiała jak ludzie traktują odmienność… Boją się jej, niszczą…
     Historia ta zaczyna się, gdy dziewczynka znalazła się pod drzwiami pewnej kobiety. Niemowlę, porzucone na pastwę losu, z malutką karteczką : „Isabelle ona mnie ściga, nie ucieknę… Zabije mnie przy najbliższej okazji. Nie dam rady jej ocalić. Proszę zaopiekuj się nią. Twój brat Adam…” Kobieta przygarnęła dziecko z radością, do czasu, tak do czasu…
     Gdy dziewczynka miała zaledwie pięć lat wyszły na jaw jej niezwykłe zdolności. Znała ludzkie zamiary, wiedziała, że człowiek jest dobry czy zły, ludzkie myśli były dla niej otwartą księgą. Na początku było to sensacją, ludzie schodzili się by dziewczynka powiedziała jacy są, by potem pochwalić się sąsiadom… hmm… swoimi zaletami? Dziecko było jednak nad wyraz szczere… Mówiło to co było niewygodne dla ludzi. Nazwano je Demonem…
     Od tej pory życie dziewczynki było istnym koszmarem… W szkole, domu, w pracy nie miała życia. Wytykano ją palcami, grożono spaleniem na stosie, więzieniem. Za co? Za prawdę? Dlaczego ludzie tak bardzo chcą usłyszeć co o nich sadzimy, a jak ją usłyszą są wściekli? Dlaczego?!
     Jedyne jej oparcie było w starym kościele, chodziła tam codziennie, ku zdziwieniu dewotek, które uznały ją za Dziecko Szatana. Jednak szybko znalazły wytłumaczenie tego zjawiska… Nie szanuje świętego miejsca! Robi to specjalnie, by  wprowadzić do Kościoła demona! Ona przychodziła tu porozmawiać z Bogiem i starym pastorem. On jedyny ją zawsze wysłuchaj i był dla niej wsparciem. Bronił jej… ale ludzie i tak wiedzą swoje… Uznali mężczyznę za „naiwnego i uległego”.
     Słyszeliście może kiedyś powiedzenie: ,,Tysiąc razy powtórzone kłamstwo za tysiąc pierwszym staje się prawdą” Tak też stało się z ta młodą kobietą o imieniu Jeanne… Pastor zmarł i już nikt nie wykazał dla niej współczucia. Demony jej własnej duszy zaczęły ją przytłaczać. Przestała kontrolować moce. Najmniejszy kontakt z innym człowiekiem kończył się lawiną cudzych emocji w jej sercu. Jej niewinna dusza umierała w męczarniach. Przytłoczona kłopotami swoimi i innych, przestała wychodzić z domu. Zaszyła się w swoim małym pokoju. Otrącona nawet przez ciotkę, która czekała tylko jak dziewczyna stanie się pełnoletnia i opuści jej dom.
      Jeanne jednak znalazła przyjaciela… Myślała, że oszalała. Nie możliwe, by go widziała, bo… On pojawił się w jej lustrze. Przystojny mężczyzna, może trzy lata starszy od niej. Jednak był inny. Jego wzrok był pełen zawiści, jego czarne włosy z czerwonymi końcówkami sięgały mu do połowy szyi. Jego rysy twarzy sprawiały, że wyglądał jak śliczny posąg. Idealny… Przedstawił się jako Shin… Zapewnił ją, że są tacy sami… Potężni, stworzeni do nienawiści. Jego zdaniem, nie dało się zmienić ich natury, dlatego wszyscy jej tak nienawidzą. Dusza dziewczyny umarła… Zabił ją. Zabrał jej niewinność i łagodność. Od tak… Jej oczy z pięknych czekoladowych stały się czarne, zimne… Tak ludzie potrafią zniszczyć człowieka. Tak nieprawda zabija ludzi… Shin stał się jej przyjacielem. Nie wiedziała, że był podłym demonem, żerującym na jej niezwykle czystą duszę.
20 luty 2014 r. okolice Tokio (Japonia)
      Zwinnym ruchem ręki przekręciłem kierownicę. Samochód uderzył w drzewo, ale coś zamortyzowało uderzenie. Jakbyśmy wylądowali na poduszkach. Nie możliwe! Czy to mogła być naprawdę ona! Szybko wybiegłem z auta, trzaskając drzwiami. Cholera! Przede mną stała śliczna Metyska o czekoladowych oczach i długich, falowanych, czarnych włosach spiętych w kucyka. Miała delikatne rysy twarzy i pełne, malinowe usta wykrzywione w wymuszonym uśmiechu. Ubrana była w czerwoną, prostą tunikę i podarte dżinsy. Przy jej pasku połyskiwał w słońcu pistolet… Desert Eagle*… Typowy pistolet używany przez łowców… Na kilometr wyczuwał w nich platynowe kule. Kolejna Łowczyni… Ale po co niby ratowała im życie i jak? Jedynym wytłumaczeniem… nie… ona musi być… czarownicą. Odgarnęła włosy za ucho… Nie! Niemożliwe! Tak samo robiła ona, identyczny ruch ręką. Wygląd, zachowanie, moc… Jednak… ona powinna być już babcią, a nie nastolatką…
-Jeanne- szepnąłem do kobiety, ona uśmiechnęła się lekko.
-Nie Alan… Jeanne nie żyje, zostawiłeś ja tam samą na śmierć. Jak zwykle ratowałeś własną dupę! Mam na imię Ami Usui- przedstawiła się grzecznie, w jej głosie była dosłyszalna nutka zawodu.
***
      Katherine z hukiem otworzyła drzwi do ogromnej sali i usiadła na wyznaczonym miejscu. Popatrzyła z wyższością na zebranych łowców. Oni pochylali głowy na jej widok.
-Jak raporty?- spytała z lekką niecierpliwością.
-Dwanaście demonów, w tym jeden zdołał uciec- powiedziała roztrzęsiona blondynka.
     Ta łowczyni nie pasowała do tego grona. Wyglądała jak typowa lalka Barbie. Długie falowane włosy, niebieskie oczy, idealna figura i piękne nogi to wszystko eksponowała mała czarna i wyrazisty makijaż.
-Jak to jeden uciekł?- zapytała bez emocji Katherine.
     To był chyba najbardziej przerażający ton. Czuło się jakby się rozmawiało ze zmarłym. Jakby była pozbawiona duszy. Zmarszczyła czoło, dosłownie na parę sekund. Rozejrzała się po zebranych. Nagle głośno westchnęła.
- Jesteście do niczego- powiedziała z rezygnacją.
     Ze swojego miejsca poderwała się Kaito… Ten, który jako jedyny wyrażał własne zdanie. Był wściekły. Katherine ogarnęło rozczarowanie. Ich emocje… można było z nich czytać z jak otwartej księgi. Chłopak chciał coś powiedzieć. Kobieta jedynie podniosła rękę w celu  uciszenia łowców. Jakiś starszy człowiek gestem ręki kazał się uciszyć młodzieńcowi. Chłopak usiadł z rezygnacją. Katherine odgarnęła włosy i przemówiła.
-Mam dobre wieści… Mam mapę do Anielskich Wrót, jednak niepokoi mnie fakt, że mam ją dzięki dwóm półdemonom- powiedziała, a na sali zapanował hałas- Spokój!- krzyknęła łowczyni, wszyscy zamilkli i spojrzeli na Owen- Najprawdopodobniej to pułapka, ale nie ma wyjścia. Muszę zaryzykować. Zbliża się Apokalipsa- skończyła.
     W pokoju zapadła długa cisza. Łowcy zdawali sobie sprawę, że sprawa jest niebezpieczna, ale że grozi im Koniec Świata? Spojrzeli z trwogą na spokojną przywódczynię. Wszyscy ją podziwiali. Tak ryzykowała. Grozi jej śmierć, a zachowuje powagę.
-Chciałam powtórzyć regulamin… Wyjawienie mojego nazwiska , danych z tych spotkań grozi tak ja zawsze…- zaczęła, zapadła głucha cisza-  Śmiercią- wymówiła ten wyraz z nutką zadowolenia- Wyjawiam moje imię i nazwisko moim współpracownikom, by choć trochę mi zaufali. By nie wyszły nie porozumienia typu, że jestem w połowie demonem i powinniście mnie zabić. Chcę by choć była pomiędzy nami nić zaufania. Jednak jestem surowa… Chronię swoje życie. Demony marzą o mojej śmierci- powiedziawszy to wstała i udała się bez słowa do wyjścia. Ludzie pochylili głowy, w tym momencie zastanawiali się, czy nigdzie nie wypowiedzieli przez przypadek nazwiska łowczyni.
***
-Jeanne co ty wyrabiasz! Masz zamiar się mścić! Jak widać żyjesz!- wyrzuciłem z siebie- Poza tym coś ty myślała… że dam się zabić… Powinnaś nie ufać obcym… Zwłaszcza demonom! Nie rozumiesz, że z natury jestem egoistą! Powinnaś robić swoje i odwalić się ode mnie! Zresztą widzę, że przystąpiłaś do łowców. Mała biedna Jeanne. Samotna dziewczynka, która przystaje z tymi którzy się nad nią litują- wysyczałem.
      Tak sprawiałem jej ból. Nie chciałem tego, ale nie mogę okazać słabość… Cholerna duma demona. Jednak ona też zraniła mnie. Myślałem, że się domyśli dlaczego ją zostawiłem, a ona… Uwierzyła ślepo łowcą! Jakby byli święci! Ja nie będę się tłumaczyć… Mam to w dup… dlaczego nie jestem w stanie tak pomyśleć. Do cholery dlaczego! Dlaczego mi na niej zależy! W mojej głowie rozległ się cichy szept. Ona była twoją jedyną rodziną… Siostrą… Cholera!  Spojrzałem na Johna . Patrzył dziwnie na Jeanne. Z niedowierzeniem? Czyżby ją znał? O co tu do cholery chodzi!
     Nie zdążyłem wszystkiego przemyśleć, gdy rozwścieczona dziewczyna rzuciła się na mnie. Szybkim ruchem złapałem ją za nadgarstki i przygwoździłem do samochodu. Popatrzyła na mnie z nienawiścią. Zabolało… Zwłaszcza, że nie zasłużyłem na jej pełne pogardy spojrzenie. John podszedł bardzo spokojnie do dziewczyny, łapiąc ją w pasie, i odciągając ode mnie.
-Nie ma co brudzić rączek tym paskudztwem- powiedział do niej mile blondyn.
     Myślałem, że go uduszę! Taki z niego kozak! Pogadamy sobie… Nie cierpię tego głupca! Osiłek bez mózgu! Jednak ona uspokoiła się i lekko uśmiechnęła do niego. Co on ma w sobie, że laski tak na niego lecą… Bo jest miły? W sumie ja tez nie mam na co narzekać. John mówi, że to moja wina. Podobno jestem niemiły i dlatego odpycham dziewczyny.  Bzdura!
-Ami, tak? Piękne imię dla pięknej dziewczyny- spytał, posyłając jej zawadiacki uśmiech.
     Jeanne zmieszała się lekko. Na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec.
     Nagle zza drzew wyłoniła się postać… Poczułem demoniczną aurę. O kurde! Całkowicie zapomniałem o tej Wrednej Małpie! Mieliśmy po nią wrócić. Ona podeszła jakby nigdy nic, w ręku trzymając tabliczkę czekolady. Jak zwykle je, opycha się słodyczami. Potem zacznie to popijać wódką… Zawsze to samo. Odgarnąłem włosy z czoła i lekko westchnąłem. Kate przeszyła podejrzliwym wzrokiem Jeanne. Na jej czole pojawiły się zmarszczki, które przejawiały jej gniew. Metyska popatrzyła w jej stronę. Wyczuła jej demoniczną aurę. Półdemonica zaś odkryła, że ta druga jest łowcą. Ich aury były wręcz widoczne gołym okiem. Kate patrzyła lekceważąco, w sumie na podwładną. A Jeanne zdawała się nie wiedzieć z kim ma do czynienia? Czyżby nie wiedziała jak wygląda ich potężna przywódczyni? Chyba nie… Metyska piorunowała ją wzrokiem.
- Dobrze wyglądasz Jeanne, twój ojciec byłby z ciebie dumny… Wyrosłaś na potężnego łowcę- powiedziała bez wyrazu Wredna Małpa. Ona ją zna? Nie to niemożliwe… Musiała mieć jakiś kontakt z jej ojcem.
-Skąd go znasz? Może go sama zabiłaś?!- wykrzyczała Metyska.
     Ściskała pięści. Zawsze tak robiła, gdy próbowała powstrzymać łzy. Nic się nie zmieniło. Dalej robi jej się przykro na samo wspomnienie rodziców. Może dlatego się tak dogadywali. Oboje nigdy ich nie poznali. Oboje nie wiedzieli kim są.
-Współpracowałam z nim… Nie sadziłam, że opanujesz tak doskonale magię… Zaklęcie spowalniające starzenie jest strasznie trudne- odpowiedziała obojętnie na jej wyrzuty, po czym zmieniła temat.
     Chyba oboje byliśmy pod wrażeniem jej umiejętności magicznych. Co było najdziwniejsza ta dobra dziewczyna… delikatna, wrażliwa, użyła czarnej magii! Biała magia wyklucza mieszanie się w kwestie natury, czym z pewnością jest wpływanie na wiek. Jeśli używa non stop czarnej magii może być niepokonana… Co ja pieprze! Taka jest prawda, że jeśli użyła czarno magicznego zaklęcia to już nie może używać białej magii! Jest mega silna!
-Plugawy demon nie będzie mi wmawiał głupstw!- wykrzyczała Jeanne i nie pytając o nic więcej szybkim ruchem ręki wyjęła pistolet.
     Wycelowała platynową kulę w kierunku Kate. Ona od niechcenia cofnęła się. Oczy demonicznej  łowczyni zabłyszczały. To był specyficzny błysk. Pojawiał się tylko w dwóch sytuacjach:
a)     Jak jadła czekoladę.
b)    Jak ogarniał ją duch walki.
     Teraz sprawdzał się wariant b. Dziewczyna chciała przetestować nową broń. Zwinnym ruchem wyjęła z pochwy miecz Magdalene. Nazywał się Ardens Furor. Mało oryginalne. W dosłownym tłumaczeniu oznacza to po prostu Płonąca Furia. Ta niezwykła katana była o tyle niesamowita, o ile osoba, która ja używała nie musiała znać magii i zaklęć by miecz pochłonął ogień. Trzeba było sobie to tylko wyobrazić. Dosłownie na ułamek sekundy na czole Jeanne pojawiła się zmarszczka zmartwienia. Katherine uśmiechnęła się pogardliwie. Nie atakowała. Czekała na ruch przeciwniczki. Nie było żartów… Nawet ta głupia żmija pod maską obojętności, skrywa strach… Na pewno… Ona nie używa magii… Jej siła wzięła się z długoletnich treningów. Przez tyle wieków chciała zapomnieć kim jest naprawdę. Niestety platynowe kule mogą zakończyć jej karierę. Ta kobieta chyba przyciąga kłopoty.
-Nie wtrącajcie się!- syknęła Kate- Nic jej nie zrobię- zapewniła.
-Oczywiście, że mi nic nie zrobisz… Nie zdążysz- odparła czarownica i zaśmiała się szyderczo.
     Katherine nie odpowiedziała… Uśmiechnęła się tylko. Dziwnym uśmiechem… tajemniczym. W ogóle wyglądała inaczej. Stojąc na wielkiej skale wiatr targał jej długie, czarne włosy. Skórzane, czarne ubranie sprawiało, że wyglądała niezwykle groźnie. Płonący miecz buchał coraz większym płomieniem, który odbijał się w jej oczach. Nie miała okularów przeciwsłonecznych, więc w pełni widziałem jej oczy. Zawsze jedno piękne zielone… teraz wręcz jaskrawe, a drugie przerażająco ciemne. Wyglądała potężnie i władczo… Niczym bogini wojny… Jeszcze ten tajemniczy uśmiech. Nie miałem zamiaru się wtrącać. Ciekawiła mnie ta walka jak cholera! W tym momencie przestałem się bać o łowczynię. Jeszcze raz spojrzałem na jej oczy. Momentalnie zielone oko zabłyszczało na czarno… Niemożliwe! Musiało mi się wydawać. John chciał podejść do kobiet. Widziałem w jego spojrzeniu zachwyt nad Katherine i zaciekawienie Jeanne. Złapałem go za ramię. Spojrzałem mu w oczy. Przesłałem myśl: „Spróbuj się wtrącić, a połamie ci kości, zapowiada się dobre widowisko. Katherine jej nie skrzywdzi…” Szybko dostałem odpowiedz:  „A co z Katherine?” Złapałem się za głowę, co on się tak martwi o tą Żmiję… w sumie ślicz… Ugryzłem się w język, co ja odpierdzielam: „Ta Żmija przeżyła setki lat, przeżyje kolejną godzinę”. Przekazałem mu uśmiechając się złośliwie.
     Jeanne zaatakowała. Szybkim ruchem wyjęła kolejną spluwę i z precyzją zaczęła strzelać. Kula za kulą… Katherine uśmiechnęła się tylko i zaczęła odpijać mieczem pociski. W oczach jej przeciwniczki pojawiły się iskry. Zaczęła szeptać zaklęcie. Owinęła ją czarna poświata. Tak używała czarnej magii. Pociski podniosły się z ziemi, „nasączone” jej zaklęciem. Tak… To było zaklęcie celu. Kule będą działać dopóki nie dopadną ofiary! Cholera… Jeanne uśmiechnęła się triumfująco. Żmija zachowała powagę… Ciekawe czy rozumiała powagę sytuacji. Coś mi mówi, że tak… ale… Kule leciały wprost na nią. Ona stała… Nie poruszała się. Wariatka! Ona chce tak zginą. Nagle uniosła miecz… Buchnął płomień. Mimo, że miecz był zaklęty to na jej rękach pojawiły się bąble od poparzenia. Cholerny ból. Goi się i zaczyna od nowa parzyć… Chyba rozumiem… Ona wznieca ogień  o temperaturze topnienia platyny. Czy jej się uda? Cholera! Jeśli teraz zginie mamy z Johnem przerąbane. Kule topnieją! Udało jej się… Katherine puszcza miecz, który momentalnie gaśnie… Zwinnym ruchem odczepia nóż od paska. Podbiega do oślepionej ogniem Jeanne i przykłada jej bron do gardła. Otworzyła umysł. Obrazy… Jej jako łowcy… Krew, trupy i ona stojąca na stosie demonów. Koło niej stoi… jakiś mężczyzna. To zapewne ojciec Jeanne. Pamiętał to wydarzenie. Zaraz po wojnie odbyła się egzekucja wszystkich demonów, które przyczyniły się do wybuchu tej masakry. Istna rzeź… Nikt nie miał litości… Na szczęście zdołałem uciec. Nie żebym był za coś odpowiedzialny… Ja tylko transportuje broń.
     Czarownica wstaje chwiejnym krokiem. Uklęka na jedno kolano i schyla głowę.
-Jestem gotowa na karę Katherine- sensei. Wielka przywódczyni łowców- mówi ochrypniętym tonem.
- Nie mam zamiaru cię karać, ale pakuj się, idziesz z nami czarownico… I lepiej dogadaj się z Blackiem. Nie chce byście się pozabijali- powiedziała lekceważącym tonem Katherine- I następnym razem przychodź na zebrania łowców!- skończyła obdarzając ją pogardliwym uśmiechem.
     Tak jak się spodziewałem jej dłonie nie zagoiły się całkowicie. Pozostały czerwone ślady…  W ogóle co ja się przejmuje! To Katherine! Do diabła z nią! Coś nie tak… Zwyciężczyni pojedynku złapała się za brzuch. Łapczywie nabierała powietrza. Obok niej stał już John. Lekko podtrzymywał kobietę. Ona jednak szybko go odepchnęła. Przez moment… dosłownie ułamek sekundy… widziałem jak jej zielone oko stało się czarne… Potem… Niemożliwe! Jej oczy… Jej tęczówki i źrenice zniknęły… Pustka …biel…  Jak u Mary… Nagle wszystko wróciło do normy… Czy mi się wydawało? Jaką tajemnice skrywa Katherine? Dlaczego do cholery nic o niej nie wiem, mimo że jest najbardziej znanym łowcą na świecie?!
-Idę się przejść! Wrócę za godzinę! Rozbijcie tu obóz… Dla naszego bezpieczeństwa lepiej się nie meldujmy w żadnych hotelach…- powiedziała tonem nie znoszącym sprzeciwu i zniknęła wśród drzew.
     Popatrzyłem na Jeanne. Była szczęśliwa mogąc być przy swojej „idolce”. Zauważyła mój wzrok. Posłała mi pełne nienawiści spojrzenie. Chciałbym jej wszystko wytłumaczyć… Fala wspomnień wróciła do mnie ze zdwojoną siłą.
 Ursa ( Stany Zjednoczone), 22 IX 1963 r.
      Kurde co za wiocha! Ciekawe co Shin robi na takim zadupiu… Jakaś wartościowa dusza do zgarnięcia… a może jakaś odskocznia od Caroline… albo Magdalene… Sam już nie wiem z obiema był w dość niedługim czasie.
     Udałem się pod wskazany adres. Bez pukania udałem się w górę po schodach. Dom był pusty, otwarte drzwi… Wyczułem tylko energię dwóch osób… Jedną przesiąkniętą mrokiem, a drugą zniekształconą… Pełną nienawiści, jednak z niej wydobywały się pojedyncze promienie. Ta dusza walczy… Już wiem dlaczego mu na niej tak zależy. Silna osobowość, potęga… Czarownica. Wchodzę do pokoju. Pierwsze co widzę to siedzącą na podłodze dziewczynę… Piękną Metyskę o pięknych czarnych włosach. Wpatrzona jest w lustro. Gładzi delikatnie jego ramy z ogromną czułością. Tak… Zwierciadło nafaszerowane jest czarną magią. Odbijają się w nim oczy dziewczyny… Czarne, ale nie pozbawione jeszcze całkowicie blasku. Nagle w miejscu odbicia kobiety pojawia się ten plugawy demon. Uśmiecha się do mnie „serdecznie”. Stary sługa Mary i realizator jej zachcianek. Choć ostatni słyszałem zaczynał do tej łowczyni. Katherine… Ciekawa osoba, trudno się o niej czegokolwiek dowiedzieć. W każdym bądź razie ich „randka” skończyła się tym, że Mary ocaliła mu życie. Szkoda, że ta gówniara musiała się wtrącić.
-Witaj przyjacielu! Poznaj Jeanne… Odwróć się kochana i powitaj grzecznie gościa- powiedział z udawaną radością Shin, wychodząc z lustra.
     Metyska powstała i popatrzyła na mnie niepewnie. Zrobiła jeden krok, ale nie wyciągnęła ręki. Popatrzyła na mnie ze strachem.
-Nie bój się kochana! Alan nic ci nie zrobi. On jest taki jak my. Nie nienawidzi cię- powiedział spokojnie, jak do dziecka demon.
     Po tych słowach dziewczyna podała mi pewnie rękę. Odwzajemniłem delikatnie uścisk. Shin miał ją w swojej garści. Szkoda mi jej. Wykorzystał jej słabość przeciwko niej.
-Witaj Shin! Nie jesteśmy przyjaciółmi! Nie udawaj, że jest inaczej… Mam to co chciałeś! Teraz żądam zapłaty!- powiedziałem stanowczo demonowi. Nie lubię jak robi się ze mnie żarty.
-Ty jak zwykle w gorącej wody kąpany Alanie! Nic się nie zmieniłeś przez ten wiek.
     Ścisnąłem pięści… Z chęcią rzuciłbym się na tego padalca! Niestety może byłem i impulsywny, ale zawsze też rozsądny… Nie szukam kłopotów… Niektórzy uważają mnie za oszusta i zdrajcę, a nie zdają sobie sprawy, że to ja żyję, a oni znikają po paru dekadach… zapomniani… Spojrzałem na Metyskę… Nie wiem dlaczego, ale wydaje się być mi taka bliska. Jakbyśmy się znali… Widzę to w jej oczach, ostanie iskry w czarnej otchłani błyszczą się samotnie. Tylko dlaczego dziewczyna, która jest tak piękna miała by czuć się samotna i niekochana? Dlaczego wylądowała w łapach demona? Czy byłaby w stanie rozszyfrować moje sny? Nie, nie o czym ja do cholery myślę! Muszę skupić się na pracy. Ale… może…
-Alanie mógłbyś wpierw pokazać mi owy artefakt. Potem omówimy cenę- powiedział demon, uśmiechając się złośliwie.
     Bez słowa otworzyłem czarną walizkę. W niej ukazał się niezwykły miecz… Odpowiadał on mocy Shina. Platynowe ostrze, zakończone diamentową rękojeścią. Podobno wykuty przez same upadłe anioły, tak jak miecz Magdalene. Niezniszczalny i potężny…
-Czuję jego moc powietrza… Tak to najprawdziwszy Nere abyssum… Wirująca otchłan… Nie pytam skąd go wziąłeś, bo pewnie i tak nie zdradzisz… ale dobra robota. Czego za niego pragniesz?
-Tej kobiety- powiedziałem wskazując na brunetkę.
20 luty 2014 r. okolice Tokio (Japonia)
     Leżeliśmy w śpiworach przy ognisku. Jeanne spała… Była zbyt wykończona walką, pewnie jutro zaczną się wyrzuty z jej strony. Katherine dalej nie było… Co ona robi? O co chodzi z tymi oczami? Może Żmije coś zjadło w lesie, w sumie byłby święty spokój.
-Psst… Alan… Myślisz, że wszystko z nią w porządku?- spytał blondyn. Co on się taki troskliwy zrobił?
-Żmijki nie znasz… Zaraz wróci… Obudzi nas wszystkich i każe nie spać tylko no nie wiem… stróżować!
-A właśnie nie powinna jedna osoba stać na czatach?
-Nie martw się nałożyłem na obóz wszelkie zaklęcia ochronne- odpowiedziałem na pytanie Johna i przewróciłem się na drugi bok.
***
     Podchodzi do mnie kobieta. Długie blond loki tańczą na wietrze, a biała, długa sukienka lekko unosi się pod wpływem żywiołu. Stoi do mnie tyłem. Nie widzę jej twarzy, mimo to wiem, że szuka kogoś gorączkowo. Nagle słyszę jej delikatny i dźwięczny głos:
-Proszę znajdź ją… Ocal!
     W mojej głowie rozbrzmiewają te słowa wciąż i wciąż tworząc melodię. Przeklętą muzykę. Kobieta znika na jej miejscu widzę ogromną salę tronową. To Ciemna Strona… Znów ta kobieta… Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Znów stoi tyłem. Tym razem ubrana w czarną suknię, a jej długie blond włosy spływają aż do kolan. Odwraca się… Widzę piękną twarz… ale jej oczy… Puste! Dlaczego mam przeczucie, że to nie kobieta z poprzedniej wizji? Tylko osoba, którą mam ocalić?
***
     Znów budzi mnie ten przeklęty sen. Cholera… O co w nim do cholery chodzi? Prześladuje mnie od wieków… Od wieków ten sam, niezmienny…
     Nadchodzi Katherine… Ciekawe gdzie się podziewała. Z jej ramienia cieknie krew. Jednak to nie jest zwykłe przecięcie. Nie goi się… Platyna! Czyżby ślad po walce? Żmija już zauważyła, że nie śpię. Wstaję… Co ja do cholery robię? Biorę apteczkę Jeanne i biorę bandaż. Co ja się taki troskliwy robię? Żmija chyba zaczaiła co chcę zrobić.
-Co ty robisz? To nic takiego- syczy na mnie wściekła.
-Co pani łowczyni tysiąclecia boi się bandaży. No wiem mumie i tak dalej- zakpiłem z niej. Jest taka wkurzająca.
     Dziewczyna zamilkła i ścisnęła pięści. Podwinęła rękaw. Moim oczom ukazało się wiele blizn, w tym ta szrama. Obwinąłem parę razy i mocno zawiązałem. Kurczę, dawno  nic nie opatrywałem.
- Powiesz jej prawdę?- spytała Katherine. Jej wypowiedzenie było pozbawione emocji.
-Czego?- spytałem głupio, zapewne chodzi jej o Jeanne.
-Nie chcę tu waszych kłótni. Wiem dlaczego ją wtedy zostawiłeś. Niestety ona jest całkowicie oszukana przez łowców. Nie musisz nic jej mówić… Możesz przekazać jej sen. Twoje wspomnienia…- zasugerowała beznamiętnie i odeszła w stronę ognia.
     Miała rację… Muszę jej powiedzieć jak było. Jak to zabrzmiało, przyznałem Żmii rację… Mam przed oczami tamten dzień. Takie proste zaklęcie…
Chicago ( Stany Zjednoczone), 26 IV 1965 r.
     Byli ze sobą już dwa lata. Ona Jeanne… jego przyjaciółka, siostra, jedyna rodzina. Osoba, dla której zrobiłby wszystko. Poświęciłby życie. Tak jak on nie znała rodziny, wychowała się samotnie w przekonaniu, że jest czystym złem. Oboje nie wiedzieli kim są. Jest tylko jedna ważna różnica pomiędzy nimi. Ona dobra czarownica, ja zły demon… To ona zapanowała nad mym mrokiem. Skazałem ją na cierpienie. Naprawdę jestem egoistą.
-Znalazłam nowe zaklęcie! Może ono będzie odpowiedzią na twoje sny!-  powiedziała podekscytowana Jeanne.
     Siedzieliśmy właśnie w moim czarnym BMW. Wyjeżdżaliśmy z centrum Chicago. Zmierzaliśmy na lotnisko. Chcieliśmy wyjechać do Europy. Ona starła mi pomóc w odnalezieniu rodziny, a raczej informacji o niej, oraz w zrozumieniu snu. Ja szukałem jej ojca…
     Przystanęliśmy w małej restauracji. Chcieliśmy coś jeszcze zjeść przed lotem. Poczułem łamane zaklęcie zabezpieczające… Łowcy… Tylko nie to! Spojrzałem na Jeanne, była taka szczęśliwa. Nie mamy szans uciec, ale jakbym ją zostawił samą. Łowcy pomyślą, że była przeze mnie manipulowana, a zaklęcie prysło wraz z moim odejściem. Nic jej nie zrobią… Nie mogą zabijać opętanych ludzi. Jak zostanę i zobaczą ją w pełni świadomą, przebywającą ze mną. Zabiją ją… Bez litości. Już wiedziałem co zrobię… Nałożyłem na twarz maskę obojętności.
-Kocham cię Jeanne… Moja siostrzyczko- powiedziałem, całując ją po raz ostatni w czoło.
-Też cię kocham Alan… Stało się coś?- popatrzyła na mnie niepewnie, wiedziała, że rzadko mówię o swoich uczuciach.

-Nic, muszę iść do toalety- powiedziałem zerkając ostatni raz na dziewczynę. Wiedziałem, że robię słusznie, tylko czemu moje serce bolało tak mocno… Tak mocno… Nie zostało mi nic innego… Teleportowałem się. 
***
*amerykański pistolet na nabój rewolwerowy

sobota, 3 maja 2014

Informacja...

Przepraszam... Mówiłam, że notka pojawi się w ciągu tygodnia, minęły dwa i wogóle... Jestem na siebie zła! Niestety brakuje mi czasu i.... weny? Oczywiście nic nie zawieszam nie usuwam bloga... Ale na notkę trzeba będzie poczekać:(  Przepraszam jeszcze raz, czuje się jak oszust...
Pozdrawiam

sobota, 19 kwietnia 2014

Wesołych Świąt

Nie umiem pisać wierszyków, nie znam się na tym, ale życzę wam wszystkim spokojnych i wesołych świąt :)
Mokrego dyngusa, smacznego jajka (tych czekoladowych też xD) i dużo szczęścia
Pozdrawiam

czwartek, 17 kwietnia 2014

3. Siostra Czystego Zła...

Witam serdecznie J
Przepraszam, że nie dodałam rozdziału wczoraj, ale chciałam go jak najbardziej udoskonalić J Za to następna notka pojawi się w ciągu tygodnia. Każdy komentarz z uwagami pozytywnymi i negatywnymi mile widziany…
Notkę dedykuję- kasia szewczyk - która wykonała ten piękny szablon i pomaga mi w ogarnięciu tego wszystkiego :)
***
Nowy Jork (Stany Zjednoczone), 20 maj 1948 r.
      Szara, obskurną ulicą Nowego Jorku szedł przystojny blondyn. Rozglądał się niepewnie na mijanych ludzi. Na pierwszy rzut oka nikt się mu nie dziwi. Idzie sam po bardzo niebezpiecznej ulicy dużego miasta. Można by uznać, że jest skończonym idiotą, chodząc tam sam wieczorem. W starych, zrujnowanych budynkach mieszkali najbiedniejsi mieszkańcy Nowego Jorku. To na tej ulicy na każdym kroku mijało się jakiś gang. Byli tu również emigranci, przeważnie z Europy Wschodniej. Często uciekający przed wojną. Mimo to, że zakończyła się już trzy lata temu, wielu z nich nie mogło powrócić do domu. Wielu z nich popadało w nałogi i przyłączało się do lokalnych gangów. Nie tego jednak obawiał się chłopak. Każdy ludzki napastnik, zaczynając z nim padłby martwy. Blondyn był bowiem pół demonem. Jego zła natura była niepokonana, niezwyciężona. Obawiał się czegoś innego… Ludzi, przed którymi uciekał przez ponad czterysta lat… Łowców… W końcu doszedł do upragnionego celu. Stał pod budynkiem, chyba najlepiej wyglądającym na tej ulicy. Jako jedyny dom miał wszystkie szyby w oknach i w miarę białe ściany. Chłopak zapukał do drewnianych drzwi. W progu pojawiła się ładna Metyska. Miała może osiemnaście lat. Ciemno brązowe oczy, prawie czarne idealnie podkreślały jej indiańskie rysy twarzy. Grube, czarne włosy miała splecione w warkocz sięgający połowy pleców. Ubrana była bardzo skromnie, ale i tak lepiej niż nie jeden mieszkaniec tej ulicy. Czarno- białą sukienkę w kratkę sięgającą kolan, przewiązaną w pasie miała szarym fartuchem. Na głowie miała czerwoną chustę. Wyglądając za drzwi przeszyła blondyna wzrokiem. W ułamku sekundy w jej oczach można było zauważyć przerażenie. Chciała pośpiesznie zamknąć drzwi, ale mężczyzna szybko je złapał.
-Proszę… Niech mnie panienka wysłucha- powiedział błagalnym tonem.
     Dziewczyna była czarownicą posługującą się białą magią. Wyczuła czyste intencje chłopaka. Mimo wszystko niepokoiła ją, rozciągająca się nad nim aura śmierci. Szybki ruchem ręki chwyciła strzeblę, która leżała na szafce obok drzwi. Broń była naładowana platynowymi kulami- jedynymi, które mogły zabić demona. Stąd też się wzięły mity o wilkołakach, które można zabić srebrną kulą. Dziewczyna szerzej otworzyła drzwi, wpuszczając blondyna. Dalej celowała w niego, on jednak nie przejął się tym. Nie było w nim krzty chęci życia. Wyjrzała przez drzwi i rozejrzała się po ulicy. Pośpiesznie zamknęła wejście i  ścisnęła krzyżyk, który wisiał na jej szyi.
-Czego chcesz?!- warknęła dziewczyna.
     Zabrzmiało to trochę zabawnie. Dziewczyna miała tak delikatny głos jak i posturę, więc jej słowa wcale nie zabrzmiały złowrogo.
-Słyszałem, że jest panienka bardzo biegła w sztukach magicznych…- powiedział bezpośrednio blondyn.
      Dziewczyna przyłożyła palec do ust i zaprowadziła mężczyznę do salonu. Pokój ten jednak wcale go nie przypominał. Znajdował się tu tylko mały, okrągły stolik i dwa krzesła,  regały z książkami i mała szafka. Nie było tu żadnych lamp, tylko wszędzie rozłożone świeczki. Pokój był pomalowany na fioletowo, choć gdzie niegdzie na ścianach można było zobaczyć czarne plamy... Podłoga była wyłożona ciemnym drewnem.
-Zdaje sobie pan sprawę, że jestem córką Łowcy... Jest pan samobójcą przychodząc tu sam. W każdej chwili mogę pana wysłać do Piekła- oznajmiła poważnie dziewczyna.
-To dlaczego jeszcze żyję?- powiedział z dziwnym smutkiem zielonooki i przeszył dziewczynę wzrokiem.
-Bo czuję, że zabijając pana spełniłabym pańską zachciankę… I czuję pański ból po stracie… kogoś bliskiego… Szukasz go…- odpowiedziała niepewnie kobieta.
-Nie musi być panienka taka oficjalna- powiedział, zmieniając temat chłopak- Mam na imię John.
     Chłopak uśmiechał się do niej promiennie. Podał jej dłoń, ona niepewnie ścisnęła ją.
-Ja nazywam się  Ayati- oznajmiła Metyska.
-To akurat wiedziałem- uśmiechnął się do niej łobuzersko- Słyszałem, że jesteś najlepszą czarownicą w całej Ameryce… I najlepiej używasz zaklęć lokalizacji. Ja niestety nie przykładałem się nigdy do studiowania magii- zakończył wypowiedz z lekkim uśmiechem półdemon.
- Teraz ja mam pytanie. Nie mogę cię rozgryźć. Czuję od ciebie podwójną aurę… ciemności i ludzką- powiedziała coraz bardziej ściszając głos Ayati.
-O… Zauważyłaś!- zaśmiał się John- Powiem tak: Mam podwójną naturę…
-Niemożliwe!- pisnęła dziewczyna- Czyli to prawda? Jesteś w połowie człowiekiem!- wykrzyczała dziewczyna, ale szybko złapała się za usta. Na jej policzkach pojawiły się lekkie rumieńce.
-Pomożesz mi?- spytał błagalnym tonem John.
     Dziewczyna zamilkła. Usiadła na krześle i zaczęła rozmyślać. Serce podpowiadało jej by mu pomóc, ale rozum by go wyrzucić ze swojego domu. Przypomniały jej się słowa zmarłej matki: ,,Po mnie odziedziczyłaś trochę szaleństwa, prowadzi cię tak jak mnie nasz indiański duch, po ojcu zaś jesteś bardziej opanowana. Jednak pamiętaj kiedyś będzie taka chwila, w której będziesz musiała zdecydować, kogo posłuchać: Serce czy Rozum. Czasem warto wybrać w tej rywalizacji serce”.
-Jeśli ci pomogę narażę się na gniew ojca- powiedziała z wyrzutem dziewczyna- Ale jeśli ci nie pomogę, będę musiała zasypiać z niespokojnym sumieniem…
-Czyli pomożesz?- spytał, niedowierzając chłopak.
-Chyba tak… Musimy się jednak pośpieszyć, bo…- zaczęła, jednak nie dane jej było dokończyć wypowiedzi.
     John szybko podbiegł do dziewczyny, złapał ja w pasie i zakręcił parę razy. Na jego twarzy pierwszy raz od bardzo dawna pojawił się szczery uśmiech. Dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę z tego co zrobił. Zaczerwienił się lekko, jednak nie tylko on. Gdy dziewczyna stała już na swoich nogach, dokończyła wypowiedz.
-Mój ojciec jest teraz na polowaniu i wróci za jakiś tydzień, dwa… Musimy się pośpieszyć. Masz samochód?- spytała nagle. Chłopak pokiwał głową.
-No to ruszamy po potrzebne zioła- oznajmiła kobieta.
Tokio (Japonia), 16 luty 2014 r.
John:
     Znów w prześladują mnie wspomnienia. Znów widzę jej zarumienioną twarz. Taką piękną… Oddałbym wiele by teraz była ze mną. Tylko ona mnie rozumiała… Nie bała się mnie… Była moją drugą ukochaną siostrzyczką
     Co to za krzyki?! Dziwny sen… Do tego to kobiecy głos, a ja nie miałem z żadną większego kontaktu od lat osiemdziesiątych. Odwracam się w drugą stronę. Nagle czuje ogromny ból głowy. Ktoś mnie walnął z całej siły w łeb. Zabiję! Czuję się jak na jakimś kacu. Otwieram oczy… Nade mną stoi Katherine. W ręku trzyma grubą książkę. Sprawcę bólu mojej głowy. Łowczyni jest nieźle wkurzona! Jak mogłem zapomnieć, że już nie jestem sam z sobą.
     Może jestem dziwny, ale… Katherine jest podobna do niej… do osoby, którą poszukuję od wieków… Jej oczy… Co ja wygaduję! Szaleje! Moja mała Katherine po pierwsze była blondynką, do tego bardzo dobrą i delikatną. Totalne przeciwieństwo Łowczyni!
- Wstawaj leniu patentowany! Musimy się stąd zmywać!- krzyknęła dziewczyna, rzucając we mnie walizką. Jednak na szczęście szybko ją złapałem. Uniknąłem kolejnego bólu.
     Szybko wstałem i wyciągnąłem pieniądze z walizki. Oczywiście ja za wszystko płacę! Cholerny Alan! Zabiję go!
-Mam do was jeszcze jedno pytanie…- zaczęła Łowczyni, odwróciwszy się do nas- Dlaczego chcecie otworzyć Anielskie Wrota? Czeka was śmierć!- krzyknęła dziewczyna, mierząc nas wzrokiem.
-Nie jesteśmy demonami! W połowie jesteśmy ludźmi! Są w nas dwie natury i staramy się by dominowało w nas człowieczeństwo- powiedział poważnie Alan- Dlatego pomagając aniołom…- zaczął brunet.
- Liczycie, że aniołowie was oszczędzą i spełnią w podzięce wasze jedno życzenie- skończyła Katherine.
-Masz rację- odparłem.
-Naprawdę w to wierzycie?- spytała z kpiną w głosie.
-A ty, dlaczego to robisz? Przecież uważasz, że zabiją nas.
- Po pierwsze: aniołowie dokończą moją misję, a po drugie: ja chcę umrzeć- powiedziała z nutką zamyślenia dziewczyna.
     Wybuchła śmiechem… Była przerażająca. Bałem się jej bardziej od królowej Mary. Pośpiesznie wzięła swoją walizkę i wyszła z pokoju, ruszyliśmy za nią.
     Po dwudziestu minutach jazdy dotarliśmy do małej restauracji. Musieliśmy w końcu coś zjeść. Weszliśmy do budynku. Miejsce to było bardzo ładnie urządzone. Wpadało do niego dużo promieni słońca z dużych i licznych okien. Stoliki były ułożone w lekkim nieuporządkowaniu i nakryte błękitnymi obrusami. Nad nimi unosiły się nisko powieszone lampy. Ściany były pomalowane na jasny niebieski, a podłoga wyłożona była białymi panelami. Wszyscy tam zebrani popatrzyli na nas zdziwieni. Może doprecyzuję, popatrzyli na Katherine ze zdziwieniem… Kontrastowała całkowicie z tym miejscem. Ubrana w skórzany, czarny strój, w ręku trzymająca tego samego koloru kask, wyglądała jakby ktoś dokleił ją z innego zdjęcia do obrazka przedstawiającego spokojnych i nudnych ludzi. Podeszliśmy do stolika na samym końcu sali. W naszą stronę szła lekko zestresowana kelnerka. Raczej nie pochodziła z Japonii. Wyglądała bardziej na Europejkę. Rude włosy miała spięte w luźny kok, przez co jej piegi na twarzy były bardziej widoczne. Łagodnie patrzące, szare oczy podkreślały jej delikatne rysy twarzy. Kelnerzy byli ubrani w czarne długie spodnie i białe koszule. Dziewczyna nie stanowiła wyjątku. Podała nam kartę dań. Wzięła ją Katherine. Przeszyła wzrokiem kobietę, jakby z lekką… obawą. Niemożliwe! Teraz jej twarz wyrażała wściekłość.
-Jak to nie ma wódki- syknęła Łowczyni.
     Ledwo powstrzymałem się od śmiechu, Alan wręcz przeciwnie. Wybuchł niepohamowaną radością. Musiał wiedzieć jaką restauracje wybiera. Zrobił jej na złość. Rudowłosa dziewczyna lekko się zarumieniła.
-Poproszę kebab i mocną kawę- powiedziałem do kelnerki, przerywając Alanowi i Katherine mierzenie się wzrokiem. Myślałem, że zaraz wydłubią sobie oczy. Brunet zamówił to samo.
-Ja poproszę duży deser lodowy, ciasto czekoladowe, dwa pączki i dwie filiżanki gorącej czekolady, bardzo słodkiej- powiedziała brunetka do kelnerki.
     Popatrzyliśmy na nią ze zdziwieniem. Ona ma zamiar to wszystko sama zjeść. I ja oczywiście za wszystko płacę!
-Nie jedz tyle, bo zgrubiejesz Kate- powiedział wrednym tonem Alan.
-Chyba nie patrzyłeś w lustro- wysyczała półdemonica- I nie mów do mnie Kate!
     Chłopak zaśmiał się złośliwie. Lubił wyprowadzać dziewczynę z równowagi. Przeginał… Może nie może nas teraz zabić, ale potężnie okaleczyć już tak.
-Spokój!- krzyknąłem, nie wytrzymując ich kolejnej kłótni- To nie pora na bezsensowne kłótnie...- ściszyłem głos. Oboje spiorunowali mnie wzrokiem. Złapałem się zrezygnowany za głowę.
     Tę „miłą dyskusję” przerwała kelnerka, która przyniosła zamówienie. Uśmiechnęła się lekko do nas. Katherine przeszyła ja wzrokiem… Jakby… Chciała poznać jej myśli. O co znowu chodzi tej kobiecie? Wzięliśmy się za jedzenie. Spojrzałem na nią… Ona na serio to wszystko je.
- Kate… Spójrz! Widzisz tą nowa fałdkę na brzuchu- zaczepił Łowczynię, Alan.
     Serio jest totalnym debilem. Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem, gdyby mogła nim zabić, już dawno leżelibyśmy martwi. Jedzenie stanęło mi w gardle.
-Wyjmij mapę Black- rozkazała dziewczyna.
-Skąd znasz moje nazwisko?- spytał zaskoczony.
     Zdziwiłem się. Nie podawaliśmy jej swoich danych. Było to niebezpieczne dla misji. Może używa magii… Albo byliśmy zbyt lekkomyślni?
-Półdemon, Alan, czarne włosy, niebieskie oczy… Gdzieś coś takiego słyszałam… Jesteś znanym znawcą broni, od wieków ją sprzedawałeś w Ciemnej Stronie i wśród Łowców. Zastanawia mnie jedno… W latach trzydziestych ubiegłego wieku osobiście wydałam polecenie egzekucji na tobie.
-Nie tak trudno upozorować swoją śmierć- powiedział lekceważąco brunet- Poza tym miło mi, że jestem taki sławny- oznajmił puszczając do Katherine oko.
     Dlaczego on tak kusi los?! Serio chce dostać w twarz? Dziewczyna o dziwo pokręciła lekko głową i… z lekkim uśmiechem… albo czymś podobnym powróciła do jedzenia słodyczy. Gdy zjadła już wszystko… Tak wszystko! Odezwała się do Alana.
-Mapę pokarzesz mi później! Musimy stąd spadać!- powiedziała spokojnie dziewczyna, dopijając ostatni łyk gorącej czekolady.
     Dlaczego mamy stąd spadać? Jest tu jakiś Demon? Przecież nic nie czuję. Ruszyliśmy za dziewczyną na zewnątrz, szybko dałem kelnerce banknot. Dziwne… Ta ruda ruszyła za nami.
Wieś w okolicach Nowego Jorku (Stany Zjednoczone),27 maja 1948r.
     W czarnym Mercedesie zawzięcie rozmawiała dwójka ludzi. Oboje śmiali się do rozpuku. Wspominali przeszłość i rozmawiali o głupotach. Obojgu przestało to przeszkadzać, że ona jest wiedźmą, a on półdemonem. Chcieli by ta chwila trwała wiecznie.
-Naprawdę znałeś Michała Anioła?
-Tak przez dwa lata byłem jego uczniem- zapewnił kobietę, John.
-Kłamca!- krzyknęła i uderzyła chłopaka w głowę. On jęknął z bólu. Dziewczyna miała trochę siły…
-Ej! Ja Kłamcą!- oburzył się chłopak, ale po chwili wybuchł śmiechem- To tu?- spytał chłopak wskazując na pole pełne fioletowych kwiatów.
-Tak- potwierdziła dziewczyna szybko, wychodząc z auta.
     Wbiegła na pole pełne kwiatów. Jej włosy delikatnie tańczyły na wietrze. Radosna zbierała rośliny. Czuła się tam jak w domu. Chłopak przyglądał się jej z podziwem. Znali się tylko tydzień, a na myśl, że za chwilę będzie musiał wyjechać, robiło mu się żal. Dziewczyna stała się jego przyjaciółką. Pierwszy raz od czterystu lat nie czuł się samotny. Brunetka podbiegła do niego z bukietem kwiatów werbeny.
- Mamy już wszystko. Mogę rzucić zaklęcie lokalizacji- uśmiechnęła się do niego, ale po chwili posmutniała- Będziemy musieli się rozstać?- spytała oczami pełnymi bólu.
-Oczywiście, że nie!- zaprzeczył chłopak i złapał dziewczynę w tali.
     Uniósł ją do góry i zakręcił w powietrzu. Dziewczyna zarumieniła się, ale wciąż patrzyła na zielone oczy chłopaka. Ten widok zarumienionej i szczęśliwej Ayati miał wspominać przez kolejne dekady swojego życia. Wiedział, że to co jej powiedział było totalną bzdurą, ale na tą chwilę chciał uwierzyć w swoje słowa.
Tokio (Japonia), 16 luty 2014 r.
John:
     Zmierzaliśmy do naszego auta, ale nagle Katherine stanęła i odwróciła się w stronę podążającej za nami kelnerki. Nagle zrozumieliśmy powód naszego wyjścia. Wokół kelnerki pojawiła się aura ciemności i śmierci. Przed nami stała Magdalene, chyba najgorsze co nas mogło teraz spotkać. Wszystkim wiadomo jak Katherine zabiła jej syna… w brutalny sposób… rozrzucając jego prochy w lesie. Demonica nienawidziła Katherine, mało powiedziane, za wszelką cenę chce jej śmierci. Ciekawi mnie tylko jedno… Jak Katherine wyczuła jej aurę?
-Witaj Magdalene! Dawno cię nie widziałam… Już postanowiłaś spotkać się z synem w Piekle!- krzyknęła do niej brunetka.
     Demonica momentalnie przybrała pozycję bojową. W jej oczach pojawił się ogień, włosy rozproszone przez wiatr zaczęły płonąć, tak jak jej miecz. Łowczyni zaczęła się śmiać z pogardą.
-Wiesz dobrze, że go zabiłam… Tchórze powinni być martwi… Odwagi po tobie nie odziedziczył. Wolał zaatakować mnie, gdy spałam. Nie przewidział biedny, że mnie nie da się zaskoczyć- powiedziała ze złośliwym uśmiechem dziewczyna- Mój platynowy miecz wchodził w niego jak w masło- skończyła Łowczyni, odwróciła się na chwilę w naszą stronę- Nie wtrącajcie się!- krzyknęła.
     Alan usiadł pod drzewem w celu obejrzenia walki. Nic go nie obchodziło… Była to dla niego niezła rozrywka… W sumie ja też byłem ciekawy co z tego wyniknie.
     Po usłyszeniu słów Katherine, ognistowłosa rzuciła się na nią. Łowczyni zrobiła szybki unik. Nie atakowała. Pierwsze minuty wyglądały jak zabawa w kotka i myszkę. Magdalene atakowała, a brunetka robiła uniki. Z demonicy uciekały siły, a dziewczyna miała niezłą zabawę. Płomienno oka kobieta nagle stanęła w jednym miejscu. Zaczęła szeptać jakieś zaklęcie, jej miecz pochłonął jeszcze większy ogień. W stronę Katherine ruszył huragan ognia. Dziewczyna zrobiła salto w bok, niestety kula ognia trafiła w jej motocykl powodując eksplozję. Łowczyni wylądowała przygwożdżona do pnia drzewa. Chciałem jej pomóc, ale Alan złapał mnie za ramię. Nie pozwolił mi się ruszyć.
-Zaraz zobaczysz wejście smoka- zadeklarował szeptem.
     Demonica zbliżała się wolnym krokiem w stronę Katherine. Miała wysoko uniesiony miecz, który w tej chwili miał dopełnić jej zemsty. Magdalene wykonała zamach płonącą bronią i… Katherine złapała go… Tak złapała! Z jej oparzonej i przeciętej ręki popłynęła krew. Nawet nie chcę wiedzieć jak to boli. Momentami super, że szybko się goją nasze rany, ale jednak czasami. Ręka, którą nie powinna już czuć po tak dużym oparzeniu, wciąż się goi i kaleczy i tak w kółko. Jednak zamiast bólu na twarzy łowczyni, zobaczyłem gniew i pogardę. Odepchnęła Magdalene, popychając jej miecz. Demonica wylądowała na ziemi.
-Ty Żmijo! Zniszczyłaś mój najukochańszy motocykl! To był unikatowy model!- krzyknęła rozwścieczona Katherine.
     Jeszcze nigdy nie widziałem jej takiej wściekłej. Płomienno oka zaśmiała się pogardliwie. Jej płomienie przybrały odcień czerni. To jej ostateczna forma walki. Łowczyni wyjęła swoje pistolety. Zaczęła z ogromna precyzją strzelać do kobiety. Ona tylko odbijała platynowe kule. Strzał za strzałem. Wybuch za wybuchem. Kobiety na przemian celowały w siebie i unikały ataku. Jednak energia Magdalene, która nadużywała magii była coraz słabsza. Brunetka coraz bardziej zawzięcie celowała w kobietę, co jakiś czas uzupełniając magazynek. W jej oczach było widać już tylko chęć mordu. Wycelowała broń w rękę Magdalene, która upuściła płonący miecz. Katherine szybko podbiegła i weszła w posiadanie magicznej broni. Pchnęła demonice w bok. Ta upadła… Dziewczyna chciała zadać ostateczny cios, gdy nagle wokół kobiety pojawiła się czarna poświata… tak mroczna… taką ma tylko… niemożliwe… Pomiędzy łowczynią, a ledwo żywą ognistowłosą stała królowa Mary. Jak zwykle wyglądająca na dziesięcioletnią dziewczynkę władczyni „spoglądała” na nas swym pustym wzrokiem… Uśmiechała się promiennie i niewinnie do Katherine, odgarniając z czoła blond loki.
- Siostrzyczko… Ile razy ci mówiłam byś nie zabijała moich bliskich- powiedziała ze smutkiem do łowczyni.
     Jaka siostrzyczko? O co tu do cholery chodzi!
-Dawno cie nie widziałam Mary, a teraz się posuń, muszę zabić tą Żmiję.
-Nic jej nie zrobisz kochana… Ona wraca ze mną- powiedziała dalej ze smutkiem dziewczynka- Nie przytulisz mnie, jak dawniej?- spytała dziewczynka.
-Jak już cię zabije może tak- powiedziała z pogardą Katherine.
     Dziewczynka zaśmiała się przeraźliwie, w jednej chwili stała się ze słodkiej dziewczynki, potworem bez uczuć. Rozpłynęła się z Magdalene we mgle. Byliśmy z Alanem nieźle  zdezorientowani. Cholera, już nic nie rozumiem. Dziewczyna ścisnęła mocniej dłoń na rękojeści miecza.
- Idźcie wymazać ludziom pamięć- szepnęła lekko, nie odwracając się do nas.
     Dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę, że gapi się na nas tłum ludzi. Pewnie myślą, że kręcimy jakiś film… ale… Wolę już nie wkurzać Katherine.
Nowy Jork, 28 maja 1948 r.
     Pod drzwiami obskurnego budynku stał blondyn. Dziś miało spełnić się jego marzenie. Zapukał do drzwi. Niestety zamiast uśmiechu i delikatnego rumieńca na twarzy przyjaciółki zaprosiły go do środka silne ręce. Wtedy zobaczył Ayati przywiązaną do krzesła. Miała podbite oko, a jej piękne czarne włosy były w totalnym nieładzie. Patrzyła na chłopaka ze strachem i… miłością… nie miłością jak jest pomiędzy kobietą, a mężczyzną, ale miłością rodzeństwa . Człowiek, który pociągnął mnie brutalnie i przywiązał do drugiego krzesła to zapewnie jej ojciec. Człowiek wysoki, dobrze zbudowany. Z furią w brązowych oczach, tak podobnych do jej oczu i ustach zasłoniętych przez bujne, siwe wąsy przyłożył mieszańcowi strzelbę do brzucha. Już powoli przyciskał spust, gdy nagle na miejscu chłopaka siedziała jego córka, nie zdążył pomyśleć, drogocenna kula przebiła brzuch dziewczyny. Wykonała zaklęcie teleportacji. Chciała uratować jedynego przyjaciela. John zyskał nadzwyczajna moc… sznury, które go skrępowały w całości spłonęły… W sekundzie znalazł się obok dziewczyny, popychając skołowanego łowcę. Stargał fragment koszuli przykładając ja do rany kobiety. Uśmiechał się do niej przez cieknące łzy.
-Wszystko będzie dobrze… Nic ci nie będzie…- jąkał się John, kołysał dziewczynę w ramionach. Ona odwzajemniła uśmiech. Materiał, który przyłożył do jej rany był już cały przesiąknięty krwią.
-Kocham cię… - zaczęła, wypluwając z ust krew- jak brata…- dokończyła.
-Ciii… Wiem…- uspokajał ją blondyn.
-Ona… twoja siostra…- wypluła czerwoną  ciecz- Jest teraz w Berlinie, nie zmieniła nazwiska i teraz zajmuje się…- nie dokończyła.
     Jej mięśnie się rozluźniły. Oddała ostatnie tchnienie. Chłopak nie puszczał jej martwego ciała.
-Też cię kocham… moja nowa siostrzyczko- wyszeptał do ucha dziewczyny, zamykając jej oczy.


     Za sobą usłyszał strzał. Huk… Ciało łowcy padło bezwładnie na ziemię. Strzelił sobie w głowę. Chłopak ucałował ostatni raz ciało Ayati w czoło, wstał… Pośpiesznie wsiadł do swojego  Mercedesa. W nim wciąż był obecny zapach dziewczyny. Przekręcił kluczyk, jego oczy w momencie zaświeciły się na czarno… tylko na chwilę…

niedziela, 13 kwietnia 2014

Informacja :)

Witam!
Obiecałam notki co dwa tygodnie, ale niestety cały ten weekend byłam w Krakowie i nie mogłam, niczego napisać.  Rozdział powinien pojawić się w środę :)
Pozdrawiam

sobota, 29 marca 2014

2.,,Nie mów do mnie Kate!"

Witam wszystkich z drugim rozdziałem!
 Dedykuje go moim wspaniałym koleżankom, które zmotywowały mnie do prowadzenia tego bloga. Dziś będzie dużo dialogów, ogólnie notka wydaje mi się gorsza niż ostatnia  za co bardzo przepraszam. 
 Zapraszam do czytania.
***
Londyn (Anglia), 27 kwietnia 1507 r.
    Stolica Anglii była wtedy wyjątkowo żywa.  Ludzie przybyli z najróżniejszymi produktami… Od materiałów, owoców, warzyw po najróżniejsze wyroby rzemieślnicze. Był to dzień jarmarku. Na to wszystko smutnym wzrokiem patrzyła ośmioletnia dziewczynka.  Dla niej ten dzień to istny koszmar. Podeszła do zwierciadła w skromnej komnacie. Oprócz lustra znajdowało się tu tylko łóżko i drewniany kufer. Dziewczynka spojrzała na swoje oblicze. Wiedziała, że była piękna. Mówiono jej to tyle razy. Może była próżna, ale po co ma zaprzeczać faktom. Długie, kręcone blond włosy falami spływały po jej plecach. Ubrana była w piękną suknię, którą dostała od… ,,ojca”. Osoby, która zniszczyła jej życie… Osoby, której jej małe serduszko wprost nienawidziło. Spojrzała uważnie na odbicie jej oczu, jedno zielone, drugie czarne. Za pomocą magii matki nikt jednak tego nie widział. Spalono by ją i jej rodzinę na stosie… Ludzie są tak głupi… Usłyszała kroki. W lustrze zauważyła służącą.
-Panienko Katherine, panienki matka prosi byś przyszła pożegnać brata- oznajmiła służąca, kłaniając się lekko.
-Powiedz, że zaraz przybędę- odparła dziewczynka.
    Jej serce przeszył ból.,, Jak matka może… Henry… Jak ona może mi go zabrać?! Dlaczego? Ojciec! To wszystko jego wina! Matka jest mu we wszystkim posłuszna. Braciszek jako jedyny jest taki jak ja… Co teraz ze mną będzie?” Powstrzymała cieknące łzy, jej biologiczny ojciec nauczył ją jednego: ,,Nigdy nie okazuj słabości”… Ścisnęła swoje małe pięści i powoli ruszyła ku schodom.
    ,,Przed dworem stał już powóz, którym mój brat miał odjechać ,,do dobrego wujka”. Żałosne, mogli się bardziej postarać.” Dziewczynka na dźwięk kroków odwróciła się. Za nią stał jej przyszywany ojciec, którego jednak uważała za prawdziwego rodzica. Był to szlachcic- rycerz, bardzo dobrze zbudowany, o brązowych włosach i niebieskich oczach. ,,Obok stała moja matka. Również blondynka. Kiedyś o pięknym, ciepłym, zielonym spojrzeniu, teraz… o oczach czarnych, zimnych, również nie zauważalnych dla reszty społeczeństwa jak moje. Matka była wiedźmą, biegłą w magii. Każda kobieta z jej rodu była czarownicą, mnie też szkoli w tych jej sztuczkach. ,,Ojciec” jej kazał…” W końcu pojawił się jej brat o włosach i oczach takich samych jak dziewczyna… Miał może z dwanaście lat. Uśmiechnął się  do niej lekko. Próbował ją pocieszyć, mimo że jego twarz była pełna bólu. Za nim wyszło jeszcze sześciu chłopców. Jej rodzeństwo…
-Musisz już iść Henry- powiedziała kobieta zimno.
-Oczywiście matko- powiedział przybity chłopak, odwracając się w stronę dziewczynki.
    Katherine podbiegła i przytuliła go mocno. Swoje łzy, które zawsze ukrywała przemoczyły całą koszulę brata. Przybliżyła się do ucha brata.
-Obiecaj mi, że kiedyś po mnie wrócisz- szepnęła Katherine.
-Przyrzekam- odparł chłopak.
    Henry puścił siostrę i udał się do swojego powozu. Już się nie odwrócił. Katherine wiedziała, że nie chce pokazać swoich słabości. Ona też nie może płakać. Ścisnęła małe piąstki. W końcu się jednak odwrócił… Ona posłała mu najpiękniejszy uśmiech na jaki w tej chwili mogła sobie pozwolić. To był ostatni raz kiedy widziała ukochanego braciszka. Resztę rodzeństwa sama zabiła…
Tokio (Japonia), 15 luty 2014 r.
    Przy barze siedziała trójka nastolatków, wszyscy wyjątkowo piękni. Czarnowłosa dziewczyna popijała właśnie kolejnego drinka, chyba już ósmego. Patrzyła złowrogo na chłopców. Czarnowłosy patrzył na nią z pewna wyższością i kpina, a blondyn uśmiechał się do niej wesoło.
-Dlaczego mam wam wierzyć? Skąd niby macie mapę do Anielskich Wrót?
- Skąd ją mamy? To tajemnica- zaczął intrygująco czarnowłosy- A dlaczego masz nam wierzyć? Pokażę ci ją- odparł chłopak, grzebiąc w swojej torbie.
    W końcu wyjął pożółkły kawałek pergaminu. Bardzo delikatnie położył go przed sobą i rozwinął. Ich oczom ukazał się raczej skomplikowany szyfr, niż jakaś trasa. Teraz była pewna. Te napisy… Już je kiedyś widziała…  Te znaki są pismem samych Aniołów. Dziewczyna sięgnęła po mapę. Czarnowłosy szybko zareagował, wyjął nóż i wbił go w rękę dziewczyny. Ostrze przeszyło  jej dłoń na wylot, przytwierdzając ją do stołu. Blondyn oburzył się, ale nie zareagował. Wiedział, że lepiej nie zaczynać z kolegą. Porwał szybko mapę i schował ją z powrotem. Chłopcy spodziewali się przynajmniej syku bólu od kobiety, a ona tylko zaczęła się śmiać. Z ręki obficie sączyła się krew, a ona śmiała się przeraźliwie. Jednym sprawnym ruchem ręki, wyjęła nóż z dłoni i uśmiechnęła się do nastolatków. Oblizała ostrze. Rana z jej reki szybko się wyleczyła. Moc Demona…
-Jesteś szybki, ale ból mnie nie rusza. Dawno uodporniłam się…- powiedziała z szyderczym uśmiechem- Widzę również, że stosujecie moc Demonów- spojrzała na nich karcąco- Najprawdopodobniej pracujecie dla Ciemnej Strony  i chcecie mnie zwabić w pułapkę, ale widzę również, że mapa jest autentyczna. Ciekawi mnie tylko czy wiecie coś o drugich drzwiach?- spytała, przeszywając wzrokiem chłopców.
-Nie współpracujemy z Demonami- zaprzeczył blondyn- O drugiej mapie i wrotach nic nie wiemy- zapewnił zielonooki.
    Tym razem baczniej spojrzała na czarnowłosego. Niepokoił ją. Blondyn jej zdaniem był łagodny, wręcz naiwny, ale on. Wiedziała jedno… na obu musiała uważać.
-Dalej nie powiedzieliście mi, dlaczego mam was nie zabić- stwierdziła spokojnie dziewczyna, po czym jednym łykiem wypiła cały kieliszek wódki.
    Brunet zamówił drinka. Nawet nie przejął się tym, że barman zauważył na blacie kałuże krwi. Skomentował krotko, że się skaleczył.  Chłopak całkiem nie wiedział jak poprowadzić rozmowę z Łowczynią. Jeden fałszywy ruch i zginie on i John. Jednak chłopak miał asa w rękawie. Również wypił za jednym łykiem całego drinka. Uśmiechnął się do niej z wyższością i satysfakcją.
     Brunetka aż zadrżała ze złości. Jeszcze nikt jej tak nie denerwował. Nikt nie śmiał z nią pogrywać. A ta dwójka… Sprawiali, że miała ochotę po tylu latach wybuchnąć. ,,Muszę opanować emocje.” Powtarzała w kółko.
-Dlatego, że bez nas nie masz mapy-odparł brunet i spojrzał, wręcz z wyzwaniem na dziewczyna.
-Nie ma problemu… Najpierw was  zastrzelę, a potem ukradnę mapę- zaśmiała się z nutką kpiny czarnowłosa.
-Jest jeden problem Złotko…- zaczął brunet.
-Nie odzywaj się tak do mnie!- krzyknęła wściekła dziewczyna, przykładając mu pistolet do piersi.
    Chłopak zaśmiał się do niej. Ona mocniej przycisnęła spluwę do jego ciała. On skomentował to jeszcze większym śmiechem.
-Nie możesz mnie zabić, sama stwierdziłaś, że używamy magii Demonów.
    Dziewczyna spojrzała na chłopaka. Już wie co chce jej przekazać . W każdej chwili ma nad nim przewagę, jako najsilniejszy Łowca. Czuła od nich ogromna energię, ale wierzyła, że by sobie z nimi poradziła. Oni jednak mieli asa w rękawie.  Za pomocą magii przenoszą mapę, gdzie tylko chcą. Brunet powiedział jej w skrócie prosto w twarz: Zabijesz nas nie dostaniesz mapy, oszczędzisz nas, dokonasz zemsty. ,,Niech go szlag!”- pomyślała.
-Czyli już zdałaś sobie sprawę…- zaczął brunet.
-Tak… Twój kolega powiedział, że nie chcecie mnie zabić. To po co wam do cholery jestem?- przerwała mu z uśmiechem satysfakcji.
    Wiedziała, że ona również ma asa w rękawie. Kpina w jej głosie była bardzo wyraźnie podkreślona.
-Przecież dobrze wiesz… To ty miałaś manie na punkcie tych wrót i nauczyłaś się używanego w niej języka. Miałaś dostęp do map sprzed tysiąca lat, a raczej sprzed dwóch tysięcy, gdyż pojawiają się one po każdej nie udanej próbie otworzenia drzwi.
-Po pierwsze: Odzywaj się do mnie z szacunkiem- syknęła- A po drugie ja otworze te wrota!
   Odsunęła szybkim ruchem krzesło i ruszyła w kierunku wyjścia. Chłopcy ruszyli za nią, gdy nagle usłyszeli głos barmana. Brunet ścisnął pięści. Zrobiła to specjalnie. ,,Nawet zapłacić za sobą nie umie” -pomyślał. Do barmana podbiegł John. Rachunek wyniósł 4000 jenów*, trochę tego wypiła. Mężczyźni szybko wybiegli na dwór. Zobaczyli jak dziewczyna zakłada kask.
-Zwariowałaś! Wiesz ile wypiłaś!- wrzasnął brunet.
-Nie pozwalaj sobie!- krzyknęła do niego.
-Wisisz John’ owi 4000 jenów!- wrzasnął chłopak.
-Mówiłam nie pyskuj! W ogóle jak masz na imię?! Nie rozmawiam z obcymi…- spytała ciekawa dziewczyna.  Cały czas się śmiała. Chyba, jednak trochę jej alkohol zaszumiał w głowie.
-Co cie to do chol…- zaczął brunet.
-Ma na imię Alan- przerwał mu chłopak.
    Zaczęli się kłócić. Dziewczyna cały czas się śmiała. Przekręciła kluczyk i dodała gazu. Chłopcy popatrzyli w jej stronę.
-Musimy znaleźć nocleg- powiedziała na nich i ruszyła z piskiem opon
Londyn (Anglia), 27 kwietnia 1507 r.
    Blond włosa dziewczynka spokojnie weszła do swojego pokoju. Ścisnęła pięści… ,, Gdzie oni wysłali braciszka?” Do późna w nocy nie mogła zasnąć. Usłyszała głośną rozmowę. Powoli i na palcach podeszła do drewnianych drzwi i uchyliła je. Mama uczyła ją kiedyś zaklęcia. Pamiętała je. Dzięki niemu mogła usłyszeć rozmowę jej matki z ojczymem.
-Co z nim zrobią?- usłyszała puste pytanie matki, pozbawione emocji, uczuć.
-Sąd, a potem pewnie wyląduje na stosie. W końcu to czarownik. Wyjaśniłem wszystko. Przygarnęłaś podrzucone pod twe drzwi dziecko. Nie wiedziałaś, że to dziecko zła.
   Dziewczynka ścisnęła mocniej pięści. Paznokcie wbiły się do jej delikatnej skóry, po jej dłoniach spłynęła stróżka krwi. Jej ręce trzęsły się niemiłosiernie. Wypełniła ją nienawiść i gniew. Jej zielone oko zabłysnęło złowrogo. Przestała panować nad mocą, która wybuchła z niej ukazując jej uczucia. Złapała się za głowę. Usłyszała krzyki. Chciała przestać… Nie mogła. Nagle nastała kompletna cisza… Pobiegła po schodach. Zobaczyła leżących na ziemi rodziców. Z ich uszu i ust ciekła krew. Potrząsnęła nimi rozpaczliwie. Nie budzili się… Pobiegła po pomoc do pokoju braci. W łóżkach leżeli jej bracia w podobnym stanie. Złapała się za głowę. Nie mogła już nad tym panować. Co ona zrobiła? Czy oni… Wtedy uświadomiła sobie.
-Jestem mordercą- szepnęła i złapała się za głowę. Jej oczy stały się puste. ,,To tylko sen. To nie może być prawda”- pomyślała.
Tokio (Japonia), 15 luty 2014 r.
    Alan i John ruszyli zaraz za Katherine. Dziewczyna jechała z zawrotną prędkością, do tego lekko podpita. Jak ich policja złapie, będą musieli zabulić kolejne jeny. W końcu (na szczęście) stanęli przed jakimś hotelem.  Dziewczyna zwinnie zsiadła z motocyklu. Ruszyła do recepcji, za nią ruszyli chłopcy.
Konbanwa*- powitała się grzecznie Łowczyni z rudą kobietą w recepcji- Są wolne pokoje?
-Niestety tylko jeden z łożem małżeńskim- popatrzyła na nich przepraszająco.
-Nic nie szkodzi- odparła czarnowłosa, na co recepcjonistka zareagowała lekkim rumieńcem.
    Trójka nastolatków ruszyła ku wyznaczonemu pokojowi. Gdy otworzyli drzwi, ukazał im się mały, ale nowocześnie urządzony pokój. Znajdowało się tam oczywiście jedno, ogromne łóżko, dwa fotele i okrągły, szklany stolik. Ściany pomalowane były na fioletowo, a podłoga była wyłożona panelami.
- Wiesz co ona o tobie pomyślała?- spytał Alan, Katherine.
-Pewnie, że jestem jakąś dziwką- uśmiechnęła się kpiąco- Ludzie są tacy śmieszni- prychnęła- A tak nawiasem mówią płacicie za hotel- powiedziała spokojnie- I idę pierwsza do łazienki!- krzyknęła i już jej nie było.
-Masz jeszcze kasę John?- spytał kolegę Alan.
-Trochę jeszcze jest- uśmiechnął się blondyn.
    Czarnowłosy wskoczył do łóżka.
-Ja zajmuję!- krzyknął czarnowłosy.
-Poczekaj aż wróci- skomentował zielonooki z współczuciem.
    Wyszła… Była w samym staniku i szortach. Piękna… Szpeciła ją jedna rzecz. Chłopcy szczególnie zwrócili uwagę na jej ramiona, plecy i brzuch. Były one pokryte najróżniejszymi bliznami. Jedna nakładała się na drugą. Niektóre były po ranach szarpanych, inne po kuli, a jeszcze inne po cieciach. Teraz chłopcy uświadomili sobie ile musiała przejść.
Alan:
Rana po wbitym nożu się zagoiła, ale blizna pozostała… Dlaczego jej ciało nie goi się do końca? Wiem, że nie używa mocy… ale może je blokuje! Nie da się tego całkowicie zrobić, ale… Spojrzał na szyję dziewczyny. Połyskiwał tam wisior w kształcie gwiazdy. Zaklęła moc w wisiorze. Sprytne… Musiała być naprawdę wspaniałym magiem.
-Śpię na łóżku- oznajmiłem dziewczynie, nie obchodził mnie jej wybuch.
-Ok- odparła spokojnie.
    Popatrzyliśmy na nią jak na wariatkę. Nie krzyczy, nie zrzuca mnie z łóżka, nie przezywa. Co ona ma zamiar zrobić?
    Kate podeszła do łóżka i legła obok mnie. Popatrzyłem na nią pytającą. Ona uśmiechnęła się kpiąco.
-Zbyt dużo się naoglądałeś romansideł? Co myślałeś, że to będzie dla mnie zawstydzające?- spytała, śmiejąc się.
    Uśmiechnąłem się do niej uwodzicielsko i wskazałem miejsce obok siebie. Ona bez słowa wślizgnęła się pod kołdrę.
-Pamiętaj, jak poczuje twoją rękę na moim ciele to cię zabije- powiedziała z groźną miną.
    Zaśmiałem się lekko. Przytaknąłem głową w geście zrozumienia.
-John chodź, zmieścisz się, Kate nie będzie samotna!- zawołałem blondyna.
    Wtedy pierwszy raz poczułem jej pieść na swoim policzku. Z ust pociekła mi krew. Ma mocny prawy sierpowy.
-Nie mów do mnie Kate!- wrzasnęła- John on ma rację zmieścisz się- powiedziała wskazując miejsce obok siebie.
    Zrobiła to specjalnie… Chciała zrobić mi na złość. John uśmiechnął się do niej.
-Jesteś wspaniała Katherine- powiedział i położył się  koło niej.
    Łóżko było sporę, więc nie było nam bardzo ciasno. Jednak mimo to byłem strasznie wściekły!
-Odwdzięczę ci się za to- szepnąłem jej do ucha. Ona w odpowiedzi pokazała mi środkowy palec.
***
*4000 jenów to około 120 zł
*Konbanwa- Dobry wieczór po japońsku
    Co do poprzedniej notki poszczególne zwroty grzecznościowe oznaczają:
1.       sensei (mistrz, nauczyciel, autorytet)- stosowany w Japonii  zwrot grzecznościowy wyrażający ogromny respekt do danej osoby)


2.       sama- stosowany w Japonii  zwrot grzecznościowy, gdy prowadzona jest rozmowa  z osobą o dużo wyższym statusie niż mówiący