piątek, 26 września 2014
Zawieszam :(
Niestety nauka, powtórki do egzaminów i olimpiady przedmiotowe pochłaniają cały mój czas... Obiecać wam mogę, że powrócę i to najprawdopodobniej w listopadzie. Miałam nadzieję, że coś napisze, ale niestety :(
Katherine: Ja już cię przypilnuje byś pisała :P
Taa... Zapewne :)
Przepraszam i błagam o wybaczenie
Anna-medium i Katherine
piątek, 29 sierpnia 2014
Informacja
Witam :)
Moja koleżanka poprosiła mnie o napisanie, krótkiej 2 lub 3 partowej historii miłosnej... wiem jak to brzmi... Jeśli ktoś lubi romansidła, złamane serca, pewnego przystojnego siatkarza i wścibskie siostry to zapraszam na: http://dajszansemilosci.blogspot.com/
czwartek, 7 sierpnia 2014
5. ,,Stara przyjaźń nie rdzewieje"
Hej!
Przepraszam za długą nieobecność. Naprawdę ostatni czas był dla mnie bardzo pracowity. Potem pojechałam na wakacje. I tak jakoś wyszło. Przepraszam jeszcze raz...
***
Imię: Jeanne
Nazwisko: Evans
Wiek: 65 lat
Urodziny: 13 sierpień
Kolor oczu: brązowe
Zawód: Łowca
Gatunek: Człowiek (czarownica, łowca)
Marzenie: Uznanie przez Katherine, że jest najlepszym łowcą
Ulubione zajęcie: walka, nauka magii (studiowanie ksiąg), wróżby
Nienawidzi: być bezsilną i słabą, być zbyt długo w towarzystwie ludzi
Cechy charakteru: miła, uparta, pomocna, na ogół uprzejma, zawsze dąży do celu
Ostatnio zapomniałam cokolwiek wspomnieć o Jeanne :)
***
Przepraszam za długą nieobecność. Naprawdę ostatni czas był dla mnie bardzo pracowity. Potem pojechałam na wakacje. I tak jakoś wyszło. Przepraszam jeszcze raz...
***
Imię: Jeanne
Nazwisko: Evans
Wiek: 65 lat
Urodziny: 13 sierpień
Kolor oczu: brązowe
Zawód: Łowca
Gatunek: Człowiek (czarownica, łowca)
Marzenie: Uznanie przez Katherine, że jest najlepszym łowcą
Ulubione zajęcie: walka, nauka magii (studiowanie ksiąg), wróżby
Nienawidzi: być bezsilną i słabą, być zbyt długo w towarzystwie ludzi
Cechy charakteru: miła, uparta, pomocna, na ogół uprzejma, zawsze dąży do celu
Ostatnio zapomniałam cokolwiek wspomnieć o Jeanne :)
***
Londyn, wiek
XVI… Czy to sen? Mój dom, a raczej ogród… Róże czerwone, herbaciane, różowe,
białe, mama je tak kochała. Potem przejmowała się nimi bardziej niż mną i
braćmi. Zobaczyłam siebie w wieku siedmiu lat. Z dwoma, sięgającymi do pasa
blond warkoczami, zielonymi oczami, oraz ślicznej sukience z niebieskiego
jedwabiu wyglądałam jak typowe dobrze urodzone dziecko. Trzymałam za rękę ładną
dziewczynkę… Też szlachciankę, o rudych, długich włosach związanych wstążką i
piwnych oczach, ubraną w prawie identyczną sukienkę jak moja. Tak to Elizabeth
Snow… Moja najlepsza przyjaciółka, albo inaczej… moja była fałszywa
przyjaciółka. Wyglądałyśmy tak uroczo tańcząc w ogrodzie. Westchnęłam ze
smutkiem i popatrzyłam na taflę jeziora. Nagle coś się z niego wynurzyło. Coś
przerażającego! Dziewczyna na oko dziesięcioletnia, o poszarpanych, długich
rudych włosach i dużych, piwnych, zaczerwienionych oczach. Cerę miała
zielonkawą, usta popękane, a sukienkę porozrywaną i identyczną jak dwie
dziewczynki z przeszłości. Ociekała z niej woda… To duch topielca… Typ duszy szukającej zemsty
za swoją okrutną śmierć lub czuwającej nad miejscem śmierci, by ostrzec
nieroztropnych o zagrożeniu. Tą zjawą była… Ell. Rozpoznałam ją mimo tego
przerażającego wyglądu. Dlaczego? Jak to się stało? Zrobiłam lekki krok do tyłu… O co w tym
wszystkim chodzi?
-Zawsze patrz w górę- szepnęła ochrypłym głosem zjawa.
-Zawsze patrz w górę- szepnęła ochrypłym głosem zjawa.
Nagle ziemia
pod moimi nogami zaczęła się osuwać… Zaczęłam spadać. Chciałam się czegoś
złapać, ale ogarnęła mnie ciemność. Pustka…
Przed oczami miałam przerażającą twarz Rudej. Nagle poczułam, że uderzam
o coś twardego. Szybko zerwałam się z posłania i nabrałam gwałtownie powietrza.
Czułam się jakbym tonęła i nagle ktoś
mnie wyłonił z wody. Otworzyłam szeroko oczy. Nade mną pochylała się
Jeanne, trzymająca mnie kurczowo za ramiona. Popatrzyłam na nią lekko zawstydzona.
Ona jednak się tylko uśmiechnęła, jakby nie zważając na moją słabość.
-Miałaś
chyba zły sen- stwierdziła „mądrze”. To sama wiem! Odkryła Amerykę! Chłopcy
spali, ale i tak miałam nadzieję, że nie krzyczałam- Nie, nie martw się nie
krzyczałaś, ani nie wyrywałaś się w nocy- odparła zamyślona czarownica, ale po
chwili poczerwieniała. Zawstydziła się. Chyba zdała sobie sprawę, że czytała w
moich myślach. Cholera! Straciłam kontrole nad umysłem. Obdarzyłam ją gniewnym
spojrzeniem.
Zerwałam się
całkowicie ze śpiwora i podeszłam do dwóch przygłupów. Pierwsze znalazłam się
koło Johna. Odkąd go poznałam strasznie mnie intrygował. Tajemniczy, a zarazem
taki znajomy. Przypominał mi Henry’ego. Jak go zobaczyłam pomyślałam, że to on,
jednak mój brat nie żyje. Nie rozumiem jak można być tak do kogoś podobny. Może
to moja rodzina? Czy coś? Nie wiem… Niestety patrząc na niego mam wrażanie, że
stoi przede mną mój braciszek, który zaraz mnie przytuli i powie, że całe moje
życie to był tylko zły sen. Niestety Henry nie żyje… Muszę to sobie w końcu uświadomić…
Zabili go… Moi rodzice zabili go, a ja
nic nie zrobiłam. Zemsta nic nie pomogła, myślałam, że poczuję się lepiej, ale…
Co ja pierdziele! Zabije wszystkie demony i wtedy dokonam pełni zemsty! Poczuje się lepiej! Kopnęłam blondyna w brzuch. Ten z
przeraźliwym wyciem zerwał się z snu, budząc przy okazji Blacka. O nim
wiedziałam trochę więcej, ale i tak jego przeszłość jest mi nieznana. Wiem
jedno to irytujący dureń.
-Ile wy
śpicie! Musimy się stąd zbierać! Demony mogą nas wytropić, a chcę mieć raz
święty spokój!- krzyknęłam na nich zdenerwowana. Ten sen sprawił, że nie miałam
ochoty na nic… nawet na walkę- Black pokarz tę mapę! Musimy w końcu zacząć
szukać tych cholernych wrót! Aaa… I nie życzę sobie waszych kłótni!-
krzyknęłam, patrząc wymownie na bruneta i brunetkę. Black pokazał jej swoje
wspomnienia, ale Jeanne, wciąż patrzyła na niego niechętnie. Czuła się
zdradzona i zdezorientowana… No cóż, była oszukiwana przez łowców. Może to nie
w moim stylu, ale porozmawiam z nią… Nie może mi teraz zabić Blacka, a jest do
tego zdolna. Zamyśliłam się. Dopiero teraz zauważyłam, że towarzystwo mi się
przygląda. Popatrzyłam surowo na bruneta- Jeszcze nie wyjąłeś tej cholernej
mapy- warknęłam.
- Złość piękności
szkodzi- powiedział z uroczym uśmiechem Black i machnięciem ręki , przywołał
mapę.
Totalny
debil… Uwielbiał mnie wkurzać… Dziś jednak nie dam mu satysfakcji i nie
odpysknę. Nigdy nie rozmawiałam z moimi pionkami… One służą tylko do grania… W
moja grę… Złapałam zwinnie mapę w locie i ją rozwinęłam. Zdanie nie stanowiło
dla mnie problemu, łatwo je przetłumaczyłam. Spojrzałam z nadzieją na Jeanne.
Zostawiłam ją z jednego powodu. Gówno obchodzi mnie jej magia! Chcę tylko, żeby
to ona otworzyła bramę… Wierzę, że po to pojawiła się ponownie w moim życiu… Uważam,
że to jej przeznaczenie.
-Wskazówka
to: „Tam gdzie Bóg i anioły z człowiekiem się spotykają i swymi darami, łaskawie darzą”. To dosłowne
tłumaczenie!
- Może
chodzi o świątynie!- stwierdził „inteligentnie” Black. Chyba każdy o tym
pomyślał…
-Jak masz
zamiar przeszukać wszystkie świątynie w Japonii?- odgryzła się Jeanne, patrząc
na Blacka z kpiną.
-Nie… Tylko
te najstarsze- odparł spokojnie, ale z ironicznym uśmieszkiem na ustach.
Westchnęłam… Znów się kłócą o głupoty.
Cholera nie mam czasu na bzdury. Nie wiem dlaczego, ale nie uważam, żeby
chodziło o jakieś świątynie. To by było zbyt łatwe. Nagle ujrzałam wśród drzew
skrawek niebieskiej tkaniny. Przetarłam oczy… Materiał zniknął. Ale ja jak
zahipnotyzowana szłam w tamtą stronę. Na pewno mi się to nie przewidziało. Mam
złe przeczucia. To na pewno był niebieski jedwab… Jak w moim śnie! Kurde! A jak
popadam w paranoje! Dobra Owen opanuj się! Zerknęłam w głąb lasu. Tym razem w dali
zobaczyłam rude włosy... Elizabeth! Mimo woli ruszyłam dalej. W oddali
słyszałam tylko krzyki.
-Katherine?!
Gdzie idziesz?!- usłyszałam pytanie Johna. Myślałam, że mnie bardziej szanuje,
a on od tak wymawia moje imię. Zignorowałam go…
- Idę do panienki!- krzyknęła do chłopców
Jeanne i ruszyła za mną… Zero spokoju.
Tym razem
zauważyłam w całej okazałości Elizabeth. Tego przerażającego topielca ze snu.
Ruda dziewczyna odwróciła się do mnie, a jej sine usta wykrzywiły się w
przepraszającym uśmiechu. Chciałam do niej podbiec, ale zniknęła. Pojawiła się
z dziesięć metrów dalej… Czyżby ona mnie gdzieś chciała zaprowadzić? Dalej
ruszyłam za nią pod górę. Czyżby moja wyobraźnia płatała mi figle… Duchy nie
istnieją! To czemu za nią idę? To nie jest ciekawość… Ja chcę… Ja muszę
wiedzieć… Dlaczego moja najlepsza
przyjaciółka mnie zdradziła. Czyżby naprawdę to była zazdrość jak mówił mój
„ojciec”? Sama już nie wiem… Nagle usłyszałam szelest liści. Jeanne porusza się
strasznie głośno jak na Łowce Demonów.
- Poruszasz
się jak słoń- zasyczałam do zdziwionej Metyski. Wybełkotała jakieś przeprosiny,
a ja bez słowa ruszyłam w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Elizabeth.
A może to pułapka? Trudno! Zawsze można trochę powalczyć… Muszę sprawdzić. Zatonęłam
w wspomnieniach.
Londyn,12 stycznia
1507 rok
Jadłam w całkowitej ciszy obiad. Spoglądałam
na mamę i moich braci. Wszyscy byli jacyś smutni. Co się znowu stało? Ojczym wyjechał w jakiejś ważnej sprawie do
księcia. Popatrzyłam na Henry’ego, który wychwytując moje spojrzenie,
uśmiechnął się promiennie .Nagle głos zabrała matka.
-Ty i Henry nie powinniście zadawać
się z Elizabeth- powiedziała po chwili ciszy- To córka Łowcy- dodała ciszej,
tak, że usłyszeliśmy to tylko my.
Spojrzałam na nią z wyrzutem. Co ona
sobie myśli?! Będzie mi mówić z kim mam się przyjaźnić! Ell nigdy by mnie nie skrzywdziła. Kochałam ją
jak siostrę, a ona mnie. Popatrzyłam błagalnie na ukochanego brata. Miałam
nadzieję, że ,mi pomoże.
-Matko- zaczął z nutką wahania- Musisz
nam wybaczyć, ale ja i Kate bardzo przywiązaliśmy się do Ell i nie chcemy tracić jej przyjaźni. Zresztą
zawsze mówiłaś, że w razie potrzeby możemy liczyć na ojca- dokończył pewnie swą
wypowiedz Henry.
Spojrzałam na niego dziwnie. Nigdy
nie wspominaliśmy o znienawidzonym ojcu. Zwłaszcza Henry. On gardził nim. Traktowaliśmy
ojczyma jak ojca. To on był dla nas wsparciem i okazał nam miłość. Nasz
ojczulek żerował tylko na naszą moc. Zwłaszcza na moją… Płynęła we mnie krew
czarownic i demonów. Tylko kobiety dziedziczyły magiczne zdolności po
przodkach. Henry posiadał moc demona, ale nie praktykował jej, przekładał ją na
niezwykłą siłę. Zawsze gardził czarną magią i nie słuchał matki w kwestii
czarów. Mi kazał się uczyć… Chciał bym umiała się obronić… Zawsze się o mnie
troszczył.
Matka popatrzyła na niego gniewnie. Wiedziałam, że nie wybuchnie. Reszta
rodzeństwa nie wie o istnieniu naszego ojca. To zwykli ludzie… Zawsze im tego
zazdrościłam. Matka zachowywała spokój. Uśmiechnęła się do Henry’ ego
pobłażliwie.
-Ojciec nie będzie się za wami
wiecznie uganiał i was pilnował- odparła poważnie.
Teraz już wiedziałam, że przesadziła.
Henry gwałtownie wstał od stołu i ruszył szybkim krokiem do drzwi. Już miał
trzasnąć drzwiami, gdy rozległ się krzyk matki.
-Henry! Wracaj tu i przeproś! Może obędzie
się bez solidnej kary!
-I tak ja i Kate będziemy się widywać
z Ell!- dodał gniewnie i ignorując rozkaz matki, wyszedł pośpiesznie z
pomieszczenia.
Spojrzałam ze strachem na matkę.
Wiedziałam, że Henry doprowadził ją do furii, którą skrywała pod maską
obojętności i dumy. Tak moja matka wyglądała jak królowa .Była typową
szlachcianką. Na co dzień ubrana w najdroższe suknie z drogich materiałów.
Chodziła w wystawnej biżuterii z drogimi kamieniami szlachetnymi .Długie,
kręcone, blond włosy spinała w wytwornego koka. Była naprawdę piękną kobietą,
wręcz wyglądała jak anioł. Sprawiała wrażenie
dumnej i wyniosłej, nigdy nie pokazywała prawdziwych emocji. Jej głos
był wiecznie melodyjny i spokojny… Za spokojny… Podobno ja byłam do niej bardzo podobna, wręcz
idealna młodsza kopia. Oczywiście z wyglądu.
Kiedyś mama była inna. Nim skończyłam sześć lat. Matka była wesołą młodą
kobietą. Chodziła w zwiewnych sukienkach , a jej piękne włosy spływały do pasa
niczym nici ze szczerego złota. Zrywała ze mną kwiaty, bawiła się z nami,
śmiała się. Nie przystawało to tak wysoko postawionej kobiecie, ale nikt nic
nie mówił. Uważano ją za anioła. Dobrego i pięknego. Wszystko się zmieniło, gdy
znów zaczęła się kontaktować z ojcem
Teraz spoglądała na mnie gniewnie,
Henry wychodząc, skierował złość matki na mnie. Zawsze umiałam udowodnić swoje
rację. Byłam pupilkiem rodziny, choć miałam najmniej do powiedzenia. Po
pierwsze byłam dziewczyną, a po drugie najmłodszą z rodzeństwa.
-Matko zgadzam się z Henrym-
powiedziałam spokojnie-Chcę przyjaźnić się z Elizabeth… Pomyśl to może być
korzystne matko!- próbowałam ją przekonać- Owinę sobie córkę łowcy wokół palca-
dodałam ciszej, by usłyszała tylko kobieta.
-Zgadzam się- powiedziała krótko, ku
mojemu zdziwieniu- Jednak uważam, że jeszcze pożałujesz tej pseudo przyjaźni Katherine-
podsumowała i z gracją wstała od stołu.
***
Szłyśmy
przed siebie w milczeniu. To coś podobne do Elizabeth znów zniknęło. Może to
jednak była halucynacja.
-Katherine-
sensei… Czy uważasz, że Alan pokazał mi prawdę?- spytała cicho.
Popatrzyłam
na nią. Znów kolejny człowiek, z którego się czyta z jak otwartej księgi.
Smutek, nadzieja… Już wiedziałam, dlaczego nie mogła spać. Brunet postanowił
pokazać jej swoje wspomnienia. Cóż sama mu to doradzała.
- Black mówi
prawdę- powiedziałam poważnie. Ona spojrzała na mnie z radością- Sama wydałam
rozkaz złapania go. Łowcy to cwane istoty. Potrafią doskonale oszukiwać i
manipulować… Ty byłaś silną i młodą czarownicą, która nadawała się by dołączyć
do szeregów Pogromców Demonów. Do tego wpoili ci nienawiść do Blacka. Byłaś
idealną maszyną do zabijania- skończyłam wypowiedz bez krzty emocji.
Jeanne miała
coś powiedzieć, gdy nagle znów zobaczyłam topielca. Pokazałam jej szybkim
ruchem ręki by zamilkła. Zaczęłam biec w kierunku Elizabeth, a Jeanne bez słowa
ruszyła za mną. Ruda pokazywała się wciąż to nowych miejscach.
-Czuję
wyraźną aurę śmierci-powiedziała cicho Metyska.
-Wierzysz w duchy?- spytałam bez
zastanowienia.
-A ty nie?-
opowiedziała pytaniem na pytanie, przeszywając mnie czujnym wzrokiem.
-Matka mi
opowiadała o przypadkach, kiedy to pokutujący duch ma odpłacić swoje winy-
odparłam poważnie, marszcząc czoło.
Brunetka
uśmiechnęła się do mnie z podziwem. Wykazałam się wiedzą godną czarownicy.
Ostatnio dużo mówię. Lepiej jak ograniczałam wypowiadane słowa.
-Widzę w
takim razie, że ktoś chce odkupić swoje winy względem ciebie- powiedziała
poważnie Łowczyni- Musisz to załatwić sama Katherine- sensei… Do widzenia-
pochyliła lekko głowę i ruszyła w kierunku obozu.
Znów
zobaczyłam Ell… Nie wiem dlaczego, ale chciałam jej pomóc… Wyglądała okropnie,
cierpiała… Nie miałam pojęcia, dlaczego
mimo zdrady chcę jej pomóc… Opowiedzieć wszystko, przytulić. Nie rozumiałam ,
dlaczego nie czuje do niej nienawiści, tylko troskę… Uczucie, które dawno nie
narodziło się w moim sercu. Czy Jeanne miała rację i Ell chce mnie przeprosić?
Pobiegłam szybciej tam gdzie stała wcześniej Ruda. Znów pojawiła się parę
metrów dalej.
-Ell… proszę
zaczekaj!- krzyknęłam do zjawy.
Topielec
odwrócił się do mnie na ułamek sekundy. Mogłabym przysiąc, że uśmiechnęła się
do mnie z nadzieją. Mimo wszystko duch nie spełnił mojej prośby i znów musiałam
biec w miejsca, gdzie uprzednio się pojawiał. Nagle przystanęła… Był to
najwyższe miejsce w lesie, a zarazem zbocze ogromnego urwiska. Podeszłam bliżej
bez lęku do kobiety. Przede mną ukazał się piękny widok na Fuji-san- najwyższy
szczyt Japonii… Prezentował się imponująco z pokrytym śniegiem szczycie,
sprawiał wrażenie groźnego i niedostępnego. Jakby mówił, że jest dostępny tylko
dla wybranych. Spojrzałam na przerażające, a zarazem smutne oblicze Ell,
identyczne ja w moim śnie. Uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco. Mam przynajmniej
nadzieję, że to był uśmiech. Nie wiem czy potrafię okazać jakieś pozytywne uczucia.
-Zawsze
patrz w górę- powtórzyła zdanie ze snu Ruda.
Mój wzrok
skierowałam na zaśnieżony szczyt. Wtedy zrozumiałam… Jednak mimo radości widok
Snow, znów przysporzył mi bolesnych wspomnień, które niczym fala uderzyły do
mojej głowy…
Londyn, 28 kwiecień
1507 rok
Tego dnia byłam martwa… Teoretycznie
byłam… Miałam ciało, ale moja dusza była roztrzaskana… Zabiłam… Wszystkich…
Nawet o tym nie wiedząc! Morderczyni... Popatrzyłam z obrzydzeniem na swoje delikatne
ręce, oczami mojego sumienia widziałam na nich krew.. Nigdy nie mogłam być
dzieckiem… Zawsze byłam potworem. W tym momencie potrzebowałam śmierci. Była
ona pożądanym stanem. Tak… Ośmioletnie dziecko prosiło Boga o rychłą śmierć.
Spojrzałam na lustro w pokoju… Moje oko znów stało się czarne. Zaklęcia mamy
zniknęły, jak ona… Tak nie cierpiałam nowej mamy, ale ją kochałam… Ojczym
okazał się dla mnie prawdziwym tatą, a ja co zrobiłam… Zamordowałam go… Moje
rodzeństwo, też niczemu nie było winne… Zamordowałam ich… Potwór. Nie mogłam
patrzeć na swą winną twarz. Wtedy w głowie odezwał się cichy głosik. „Oni
zabili twojego brata”. Pustka… Przecież nic się nie stało… Jestem demonem…
Spojrzałam na moje odbicie… Moje oczy były czarne… Usłyszałam wtedy słowa Henry’ego.
„Cokolwiek się stanie nie trać swojego człowieczeństwa… To nie da ci ulgi.
Sprawi tylko, że staniesz się bezuczuciowym potworem”. I znów zobaczyłam martwe
twarze mych bliskich. Nowa fala bólu przeszyła mnie na wylot… Zabiłam…
Potrzebowałam wsparcia… Ell… Myślałam, że ona zrozumie, powie, że to nie ja,
zapewni, że zawsze jestem dla niej siostrą.
Przyszła jak zwykle. Widziałam ją z
okna mojego pokoju… Nie miałam siły stać… Czekałam z nadzieją, że mimo wszystko
mnie nadal kocha. Przytuli mi powie, że to nie moja wina. Już nie miałam siły
płakać, straciłam wszystko z wyjątkiem Ell. Nie zależało mi już a niczym…
Zastanawiał mnie tylko ten ironiczny uśmieszek na twarzy Rudej. Jakby
zwycięski… Z dumnie podniesioną głową ruszyła do mojego pokoju. Widząc mnie
skuloną w kącie, obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem. Nie mogłam uwierzyć,
że moja najlepsza przyjaciółka… siostra… tak mnie rani! Chciałam śmierci!
-Wstawaj plugawy demonie! Córko
Szatana! Odpowiesz z swe grzechy! Spłoniesz jeszcze dziś!- krzyknęła ze
satysfakcją.
Popatrzyłam ze strachem na jej puste
oczy. Przez chwile zauważyłam w nich ciemny błysk, ale szybko zniknął na rzecz
obojętności w jej naturalnych oczach. Wtedy do pokoju wparował jej ojciec-
potężny Łowca, oraz inni podlegli mu rycerze- Łowcy. Spuściłam głowę… Byłam
gotowa na śmierć. Ruszyłam za mężczyznami.
Londyński rynek, 29
kwiecień 1507 rok
Szłam w milczeniu na miejsce
egzekucji. Nie wyrywałam się, krzyczałam. Zasługiwałam na śmierć. Nie czułam przed
nią strachu. Pragnęłam jej jak niczego innego na świecie. Miała być ona
ukojeniem mojej krwawiącej duszy. Nie czułam bólu płynącego z poranionego
ciała. Miałam związane usta by uniemożliwić mi wypowiedzenie żadnej klątwy.
Głupi ludzie… Jakbym chciała mogłabym ich unicestwić jedną myślą. Widziałam
przed sobą ułożony stos. Wiedziałam, że czeka mnie niewyobrażalny ból.
Oczywiście mogłam się uratować. Ludzie zabijali w ten sposób tyle niewinnych
istnień, nie wiedząc, że prawdziwa czarownica mogłaby nałożyć na siebie
zaklęcie ognioodporności. Mnie czeka śmierć w niewyobrażalnych mękach. Nie sposób
sobie wyobrazić ból z bez przerwy pojawiających się oparzeń, które goją się, by
znów oszpecić moje ciało. W końcu demoniczna moc samo uleczania nie będzie
nadążać z gojeniem ran… Po dłuższej chwili zacznę dopiero płonąć. Zginę… Kat
popchnął mnie na stos. Gwałtowny podmuch wiatru rozwiał moje długie włosy,
zasłaniając mi skutecznie oczy. Wiedziałam, że dużo ludzi nie mogło uwierzyć w
moją winę, ale widząc moje dwukolorowe oczy, z anioła uczynili mnie demonem.
Kat przywiązał mnie do dużego pala. Szorstki sznur ranił moje delikatne ręce. Spojrzałam
ostatni raz na Ell. W ramionach trzymała ją matka. Chciała do mnie pobiec. To
była dawna ona, moja przyjaciółka. Zobaczyłam łzy w znajomych oczach.
Powróciła… Uśmiechnęłam się do niej ten ostatni raz. Dumnie uniosłam głowę. Chciałam
przed śmiercią udowodnić, że jestem Katherine Owen. Poważna i dostojna
szlachcianka. Nigdy nie błagająca o litość.
Spojrzałam w niebo… Ten ostatni raz
chciałam zobaczyć jego piękno. Tego dnia wyglądało wyjątkowo ślicznie. Błękitne
niebo ozdobione niekiedy małymi, puszystymi chmurami, jakby z piór i złote słońce,
które również cieszyło się z mojej tragedii. Nawet Matka Natura radowała się z
mojej śmierci. Potwór w końcu zostanie zgładzony!
***
Potrząsnęła
głową. Nie cierpiałam wspominać. Moja przeszłość była zbyt mroczna i bolesna, a
ja… Nie mogłam czuć! Ścisnęłam pięści,
raniąc dłonie paznokciami, nie mogłam przecież uronić żadnej łzy. Nie zwracając
uwagi na stojącą w bezruchu Ell, wciąż przyglądałam się szczytowi Fuji-san. Dlaczego
maska, którą tak długo tworzyłam jest taka krucha? Jedna samotna łza popłynęła
po moim policzku. Dziwne uczucie… Mokre i zimne… Dotknęłam delikatnie policzka.
Pojawiła się na nim wilgotna smuga. Nie było jej tam od ponad czterystu lat. Co
się ze mną dzieję?!
Spojrzałam
na Ell. Dopiero teraz zauważyłam w zjawie to piękno, które zawróciło w głowie
niejednemu mężczyźnie. Uśmiechała się do mnie łagodnie. W taki sam sposób, jak
wtedy kiedy byłyśmy małymi dziećmi.
-Dlaczego?-
spytałam z wyrzutem, patrząc jej prosto w oczy.
-Ja…-
powiedziała z trudem- Zazdrościłam…- zakończyła i odwróciła ze wstydu głowę-
Pokarzę- zaproponowała i nie czekając na odpowiedz, złapała mnie za dłoń.
Spadałam.
Rozpaczliwie próbowałam się czegoś złapać, ale otaczała mnie tylko pustka.
Nagle zauważyłam lekkie światło. Po chwili byłam już na kwiecistej łące.
Chwiejnym
krokiem udźwignęłam swoje ciało i leniwie spojrzałam na otaczający mnie
krajobraz. Znajdowałam się w maleńkiej dolinie otoczonej dookoła górami. Przede
mną rozpościerał się kwiecisty dywan, który delikatnie łaskotał moje bose
stopy. Wtedy spojrzałam na swoje ręce i nogi. Nie należały do mnie. Były to
kończyny dziecka. Dotknęłam swoich włosów. Kręcone… Przybliżyłam jedno pasemko
przed oczy. Moje włosy były rude! To niemożliwe! To ciało należało do Elizabeth!
Do małej Ell! Czyżbym znajdowała się w jej wspomnieniach?! Odczuwam wszystkie
jej emocje. Złość, zazdrość, strach, a zarazem poczucie winy. Skąd te uczucia?
Po chwili zauważyłam siebie biegnącą z… to Henry! Mój ukochany braciszek! Taki
jakiego go zapamiętałam! Wesoły, dobry… Ubrany w zwykłe lniane ubranie. Zawsze
denerwował tym matkę. Znaczy odkąd stała się inna. Wtedy uznała, że to nie
przystaje chłopcu tak szlachetnie urodzonemu. Henry zaczął specjalnie się tak
ubierać, by pozłościć matkę. Miałam ochotę rzucić się mu w ramiona. Ucałować
jego policzki. Niestety nie mogłam się poruszyć, ani o milimetr. To nie moje
ciało… Dopiero teraz zwróciłam uwagę na dawną siebie, patrzącą dużymi zielonymi
oczami na brata. Uśmiechałam się do niego radośnie. Tak ubóstwiałam go… On też
wciąż patrzył na mnie. Delikatnie gładził moje blond włosy, upięte w kucyk.
Również patrzył na mnie jak na ogromny skarb. Poczułam ciężar na sercu. To
uczucie należało do Ell! Zazdrość? Ale
dlaczego? To mój brat! Czyżby ona go… kochała?
Moje
przemyślenia przerwało pozdrowienie rodzeństwa. Mała ja uśmiechała się
promiennie do Rudej i machała energicznie ręką. Henry tylko uśmiechał się do
przyjaciółki. „Moja” ręka podniosła się niepewnie i odpowiedziała na
pozdrowienie. Jednak nie to mnie niecierpliwiło. Wiedziała co za chwilę ma
nastąpić. Moje serce już podskakiwało z radości. Pierwsza podbiegła do „mnie” ja
sama. To brzmi strasznie dziwnie… Kattie rzuciła mi się w ramiona. Poczułam jej
ciepło. Co stało się z tym ufnym i beztroskim dzieckiem? Nie żyje… Odpowiedziałam
sama sobie po chwili namysłu. Na koniec podszedł do nas mój braciszek i
przytulił nas obie. Czy tak wygląda niebo? Nie chciałam tego kończyć! Poczułam
jego ciepły oddech na skórze. Najwspanialszy moment w życiu to mało
powiedziane. Nie tylko ja czułam się dobrze w ramionach Henry’ego. Ell też
rozpływała się w rozkoszy. Jak mogłam nie zauważyć, że ona go kocha? Podobno
byłam wyjątkowo mądrym dzieckiem. Widocznie przeceniałam swoją inteligencję.
Miłą chwilę przerwały wyrzuty sumienia Rudej. Co ona takiego zrobiła? I
dlaczego musiała mi przeszkadzać swoimi uczuciami akurat w tej chwili!
To co dobre
kończy się zbyt szybko. W końcu opuściłam ramiona mojego brata, choć marzyłam
by znaleźć się tam z powrotem. Próbowałam ruszyć tym ciałem, lecz to tylko
wspomnienie. Nic nie mogę uczynić.
-Ell!
Pozbieramy kwiaty?- spytała dawna ja, robiąc przy tym minę zbitego psa.
-Oczywiście!-
odkrzyknęłam i szybko chwyciłam małą siebie za dłoń i ciągnęłam ją w głąb łąki.
-A ty co tak
się wleczesz braciszku!- krzyknęła moja młodsza wersja do Henry’ego.
-Jak cię
złapie Kate to pożałujesz!- odparł z udawaną wściekłością i zaczął nas gonić.
Biegliśmy tak
z dwie godziny. Raz łapała Ell, raz ja, a jeszcze kiedy indziej Henry. Ktoś by mógł
powiedzieć, że powinnam się nudzić przez ten czas, jednak od ponad czterystu
lat nie spędziłam tak przyjemnych chwil. Pełnych szczęścia. Nawet Ruda
zapomniała o złych emocjach i zaczęła się bardzo dobrze bawić. Dobrą zabawę
przerwał krzyk mojej matki, dobiegający zza pagórka.
-Henry,
Katherine natychmiast do domu!- tak brzmiało znienawidzone zdanie wypowiedziane
przez panią Owen.
Pamiętam ten dzień. Dopiero teraz sobie
przypomniałam, że wcześniej bawiłam się z Ell. To ten moment. Za chwilę stracę
brata, a potem całą rodzinę. Chciałam poruszyć ciałem Rudej. Pobiec za nimi.
Uratować Henry’ego. Niestety Elizabeth wciąż stała. Mimo mojej rozpaczy Ell
ignorowała mnie. W końcu to tylko wspomnienie. Nic nie mogę zrobić. Znów mogę
tylko patrzeć na odchodzącego braciszka. Nasze ostatnie spotkanie… Pomachałam
wesoło ręką, co odwzajemniło rodzeństwo. Gdybyśmy wiedzieli. Może lepiej wykorzystalibyśmy
ostatnie chwilę. Teraz mogłam krzyczeć… I tak nikt nie słyszał mego
rozpaczliwego wrzasku. Nie wiem po co Ruda mi to pokazała. Chciała bym
cierpiała. Już wystarczająco zniszczyła mi życie! Nagle rozbłysnęło światło.
Pojawiła się ogromna kula ognia, która parzyła delikatną skórę Ell. Już
wiedziałam kto to jest i o dziwo Ruda też nie była zaskoczona. Jakby się
spodziewała tej wizyty. Czy wyrzuty sumienia Ell były związane z Magdalene? O
co tu chodzi? Nagle z kuli wyłoniła się demonica. Była w postaci bojowej. Jej
włosy płonęły, w oczach były widoczne niebezpieczne ogniki. Ubrana była w
długi, czarny, poszarpany płaszcz sięgający do stóp. Zawsze podziwiałam w
Magdalene jedno… Jej płonące skrzydła. Bardzo piękne. W ręce dzierżyła miecz,
który w tym momencie palił się. Jaką miałam satysfakcję, że należy teraz do
mnie. Ten niezwykły miecz jest mój i kiedyś przeszyje nim jego byłą
właścicielkę. Na pewno!
Czułam
strach Ell… oraz wstyd! Te uczucia po chwili zmieniły się w coś innego- zazdrość.
Magdalene dokładnie wiedziała jak wykorzystywać ludzi. Tylko dlaczego osobiście
przyszła do Ell, a nie wysłała swojego podwładnego? To było zaskakujące.
Spojrzałam na demonice… Teraz na jej twarzy malował się sztuczny uśmiech, który
sprawił, że jej oblicze złagodniało. Włosy w powolnym procesie zmieniły kolor
na czarny, tak jak jej oczy. Skrzydła całkowicie zniknęły, a jej miecz znów
stał się zwykłym kawałkiem metalu. Teraz wyglądała całkiem normalnie. Z
wyjątkiem oczu, gdy tam zawiesiło się wzrok, miło się wrażenie, że bezdenna
pustka tej wyjątkowej czerni zaraz cię wciągnie i już nigdy nie wypuści…
-Dzień
Dobry- powiedziałam cichutko, a raczej powiedziała Ell. Znów wróciły wyrzuty
sumienia.
-Dzień dobry
dziecko… Nie bój się, robisz bardzo dobrze- uspokajała „mnie” Magdalene. Teraz
dopiero zrozumiałam. Niemożliwe! Myśli Elizabeth! Jak mogła?
-Zdradziłam
ją!- rozpaczałam. Jak mogła? Teraz niech cierpi. Dobrze jej tak… Powinna
cierpieć tak jak ja. Ale jeśli jest opętana? Cholera dlaczego nie jestem
niczego pewna!
-Pamiętasz
co mi opowiadałaś. Traktowali cię z góry. Uważali, że są lepsi od ciebie. I do
tego straciłaś adoratorów. Powiedzieć ci ile twoim rodzicom składano propozycji
małżeńskich? Aż do czasu… Smarkula urosła i nagle szaleństwo! Wszyscy się od
ciebie odwrócili i zaczęli podziwiać piękną Katherine Owen. Jej matka może wybierać w książętach męża dla
córki! Ma wszystko to co było twoje! Potrafiła ci się śmiać prosto w twarz! A
co z jej bratem? Na pewno zauważyła, że się w nim podkochujesz i starała się go
od ciebie odizolować. Ta mała, słodka dziewczyna powoli rujnuje ci życie!-
wykrzyczała jednym tchem demonica.
Krew zawrzała
mi w żyłach. Gdybym mogła udusiłabym ją na miejscu. Jak śmiała! Niestety te
słowa wystarczały. Poczucie winy zamieniło się w zazdrość. Magdalene miała
kontrolę nad Ell. Zawiodłam się tylko na jednym. Dlaczego tak łatwo Ruda się
poddała wpływowi demonicy? Dlaczego nie walczyła dłużej z mrokiem swojego
serca? To zabolało najbardziej… Tak łatwo uwierzyła, że jej przyjaciółka chce
zniszczyć jej życie.
Nagle scena
się zmieniła. Znalazłam się w całkiem innym miejscu. Była to przestrzeń, w której
nie chciałam się znaleźć. Centrum Londynu. W dniu mojej egzekucji. Stałam wśród
tłumu, obejmowana przez matkę Ell. Spoglądałam spokojnie na młodszą siebie. Cóż
musiałam przyznać, że efekt mi wyszedł. Naprawdę patrząc na piętnastowieczną
siebie miałam wrażenie, że jest całkiem obojętna na to co się dzieje. Tylko ja
wtedy wiedziałam o swoich uczuciach. Ból, rozczarowanie, straciłam sens życia!
Znów widziałam jak kat przywiązywał mnie do słupa. Miałam dumnie podniesioną
głowę, gdy odczytywano wyrok. Nagle zobaczyłam moje spojrzenie utkwione na Ell.
Nawet nie zauważyłam kiedy z oczu pociekły mi łzy. Ruda żałowała. Dopiero teraz
zdała sobie sprawę co zrobiła. Zaczęłam
się wyrywać matce Ell, jednak ona trzymała mnie w żelaznym uścisku. Ruda
chciała za wszelką cenę uratować przyjaciółkę. Pamiętam ten moment. Poczułam,
że jednak będzie mnie ktoś żałował. Uśmiechnęłam się do Rudej. Nie wiedziałam,
że ten gest aż tyle znaczył dla Ell. Poczuła coś w rodzaju wybaczenia, a z
drugiej strony miała większe poczucie winy. Dziwne uczucie. Kat zapalił stos.
To było okropne, wszystkie wspomnienia do mnie wróciły. Niewyobrażalny ból
poparzonej wciąż to od nowa skóry. Nie chciałam o tym myśleć. Wsłuchałam się w
Ell. Dalej wyrywałam się, a raczej ona z uścisku matki. Nic nie widziałam przez
łzy. Usłyszałam jednak krzyk. Tak jedyny dźwięk, który wyszedł z moich ust tego
dnia. Tylko raz… Taki przeraźliwy, pełen boleści i smutku wrzask i dźwięk
palącego się drewna. Wszyscy zamilkli. Jakby przestali wierzyć w winę dziecka.
Nagle rozbłysło dziwne światło. Bo czy światło może być czarne… Z pleców mojego
dawnego ja wystrzeliły ogromne, czarne skrzydła. Uniosły moje bezwładne ciało
do tej przedziwnej mocy… I zniknęłam. Ja… Ruda uśmiechnęła się na ten widok.
Myślała, że jestem uratowana. Dopiero po chwili otrzeźwiała. Zdała sobie
sprawę, że wysłała mnie do Ciemnej Strony. Uświadomiła sobie, że wysłała mnie
do Piekła. Poczułam nowe łzy na policzkach. Ell płakała… Zawsze uważałam ją za
bardzo silną. Córka łowcy… A teraz? Płakała… W pewnym sensie chciałam by cierpiała,
by choć przez chwile poczuła ból i piekło na jakie mnie skazała. Jednak również
jej współczuła. Mimo wszystko była moja przyjaciółką i nie chciałam jej łez.
Zbyt ją kochałam… Nie potrafiłam jej nienawidzić. Usłyszałam szmery. Mieszkańcy byli wzburzeni,
a zarazem przestraszeni dzisiejszym zajściem. Tak teraz ludzie mieli
potwierdzenie tego, że jestem istnym demonem.
Nagle obraz
zaczął się zamazywać. Znów zaczęłam spadać. Wracałam… Po chwili znów znalazłam
się w swoim ciele. Popatrzyłam ze smutkiem na Rudą. Mimo jej przerażającego
wyglądu, widziałam jej pełne poczucia winy oczy. W tym momencie zdałam sobie
sprawę, że już nie obwiniam jej. To nie była jej wina, że zaprzyjaźniła się z półdemonem.
Trudno jest wyjść zwycięsko po pokusach Magdalene. Zresztą Ell pomogła mi z pierwszą wskazówką.
Jestem jej za to wdzięczna.
-
Przepraszam- wyszeptała z trudem swym chrapliwym głosem.
- Wybaczam
ci- zapewniłam z lekkim uśmiechem. Przynajmniej mam taką nadzieję, że
wykrzywiłam usta w coś na kształt uśmiechu- Teraz powiedz mi co ci się stało?
No wiesz… Jak umarłaś?
Ell
skrzywiła się. Chyba nie chciała o tym mówić, ale ja musiałam wiedzieć.
Uśmiechnęła się do mnie blado i po dłuższej chwili zaczęła mówić:
-Zabiłam się...
Nie wytrzymałam poczucia winy- powiedziała ze smutkiem, patrząc na szczyt
Fuji-san.
Zapadła
cisza. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nie mogłam w to uwierzyć. Najsilniejsza
osoba jaką znam, popełniła samobójstwo z mojego powodu… Dlaczego? Po jaką
cholerę to zrobiła? Przecież to mi nic nie mogło pomóc! Mogła spełnić swoje
marzenia, stać się żoną nawet księcia! Jak mogła zrobić coś tak głupiego!
- Mówiłam ci
kiedyś, że jesteś idiotką- prychnęłam. Nie umiałam inaczej zareagować. Co
miałam powiedzieć, że jest mi przykro?!
Popatrzyła
na mnie ze zdziwieniem. Chyba spodziewała się innych słów. Najdziwniejsza była
jej późniejsza reakcja. Zaczęła się szczerze śmiać. Tak jak kiedyś. Radowała
się tak tylko podczas naszych wspólnych zabaw. Po chwili jednak przestała.
- To prawda,
że się zmieniłaś- powiedziała poważnie.
Miała rację…
Z Kate, która wiecznie podziwiała swoja starszą koleżankę nie pozostało nic,
oprócz imienia i nazwiska. Uśmiechnęła się do mnie jeszcze raz i stało się coś
okropnego. Jej postać zaczęła powoli znikać. Próbowałam ja złapać, ale ona
szybkim gestem ręki pokazała, że mam się nie ruszać. Zrozumiałam… Wracała…
Uzyskała przebaczenie, więc może iść do Nieba. Spróbowałam uśmiechnąć się, lecz
nagle na jej twarzy pojawiło się przerażenie. Odwróciłam się. W moją stronę
nadlatywały tysiące strzał. Już wiedziałam kto mnie atakuje. Nie miałam szans
się uratować. Za późno. Mogłam czekać tylko na śmierć. Zamknęłam oczy… Nie
chciałam tego widzieć… Nagle poczułam pchnięcie. Upadłam na pień jakiegoś
drzewa. Poczułam ból w boku. Trafiła mnie tam strzała. Wyjęłam ją szybkim
ruchem i spojrzałam na mojego wybawcę. Przede mną stał, odwrócony do mnie tyłem
Black. Osłaniał nas magiczną tarczą. Jednym pchnięciem sprawił, że strzały
poleciały w kierunku napastnika. To była Aleksandra. Najmłodsza z Generałów i
Władców. Jeszcze nie miałam okazji z nią walczyć. Atak ucichł, mimo to Black
cały czas nas osłaniał. Podszedł do mnie żwawym krokiem. Cholera! Black
uratował mi życie! Nie cierpię mieć długów, a zwłaszcza u takich ludzi jak on.
O dziwo zaczął ściągać koszulę. O co mu chodziło?! To nie pora na jego żenujące
zachowanie. Ku mojemu zdziwieniu przyłożył mi materiał do boku. Chciał
zatamować krwawienie. Mimo to popatrzyłam na niego podejrzliwie.
- Czego się
spodziewałaś?- zapytał ze śmiechem, potem jakby popatrzył na mnie ze
zrozumieniem i ciągnął dalej- Może później, ale na razie wykrwawiasz się-
posłał mi kpiący uśmiech.
-Zboczony
debil!- krzyknęłam wściekła. Zachowywał się jak palant.
- Uważaj na
słowa Kate. Pamiętaj, że masz u mnie dług- powiedział, puszczając mi oko.
- Raczej
nie… To ja cały czas powstrzymuje się przed wybiciem ci zębów- powiedziałam z
przesłodzonym uśmiechem- A poza tym nie nazywaj mnie Kate!- krzyknęłam, dając
mu pięścią w twarz. Po chwili jednak żałowałam tego ruchu, bo moja rana zaczęła
znów mocnej krwawić. Nie mogłam powstrzymać lekkiego skrzywienia twarzy z bólu.
Black chyba to zauważył. Bez zbędnych pytań wziął mnie na ręce. Oczywiście
zaczęłam się wyrywać. Niestety spowodowało to większy ból.
- Nie ruszaj
się choć przez chwilę! Dostałaś platynowym ostrzem! Nie zagoi się tak szy…
- Nie mędrkuj
tak! Nie jestem głupia! Zauważyłam, że to platyna!- przerwałam mu wściekła.
Traktował
mnie jak niemądrą dziewczynkę. Przestałam się jednak ruszać. Chciałam by proces
gojenia rozpoczął się jak najszybciej. Spokoju nie dawał mi tylko jeden fakt…
Miałam dług u Blacka. Czy mogę mu ufać? Nie! Możliwe, że chciał zdobyć moje
zaufanie, a potem skarze mnie na Mary! Ale dlaczego mnie nie dał teraz zabić?
Jakby współpracował z demonami to przecież… Nie! Potrzebuje tłumacza mapy, chce
wzbudzić moje zaufanie, a potem mnie wydać jak już pomogę Czarnej Stronie! Nie
dam się wykiwać! Nikomu nigdy nie zaufam! Martwi mnie jeszcze jedno… Nie jestem
pewna, ale chyba widział zmianę moich oczu po pojedynku z Jeanne. Coś
podejrzewa. Cholera! Coraz słabiej panuje nad sobą! To nie może stać się teraz!
Muszę wytrzymać!
- Dlaczego
byłaś tak rozkojarzona? Prawie dałaś się zabić- spytał po chwili milczenia.
- W
odróżnieniu od was myślałam i rozwiązałam pierwszą zagadkę!- powiedziałam z
tryumfem.
Spojrzał na
mnie zdziwiony. Jego oczy próbowały odczytać moje myśli. Oczywiście nie
pozwoliłam mu wejść do mojej głowy. Uśmiechnął się tylko do mnie. I ruszył ku
naszemu obozowi.
***
A tak wyobrażam sobie Ell za życia...
niedziela, 18 maja 2014
4.,,Tysiąc razy powtórzone kłamstwo za tysiąc pierwszym staje się prawdą”
Przepraszam za opóźnienia... Teraz już na serio... Notki będą pojawiać się raz na miesiąc, ale postaram się by były dłuższe...
W tym rozdziale zawarłam pewne przesłanie dla siebie i innych...
Przepraszam za zmiany czcionki podczas czytania, nie umiem nad tym zapanować...
Miłego czytania....
***
20 luty 2014r.
okolice Tokio (Japonia)
Katherine siedziała
cicho na tylnim siedzeniu mojego samochodu. Bawiła się mieczem, który zdobyła
podczas ostatniej walki. Była całkowicie nieobecna. W tym momencie nie
próbowałem jej nawet po wkurzać, ale… O co chodzi Mary? Czyżby naprawdę były
siostrami? Czy to w ogóle możliwe? Z
drugiej strony ze słów tego rozkapryszonego bachora wynikało, że Katherine
należała do ich rodziny. Czy to było możliwe? Z drugiej strony kompletnie nic
nie wiedzieliśmy o łowczyni? Znaliśmy tylko imię i jej marzenie… Koniec
wszystkich demonów…
-Gdzie teraz jedziemy?- spytał John.
-Wy zostawiacie mnie tu- powiedziała spokojnie.
Odwróciliśmy się
do niej. Byliśmy po środku jakiegoś lasu, a ona chce stąd wyjść? Co jej znowu
odbiło?
-Muszę powtórzyć japońskim łowcą parę zasad i wyjawić im mój
plan- powiedziała poważnie, kładąc nacisk na słowo zasady- Wróćcie dokładnie za
godzinę w to miejsce- rozkazała tonem, nie tolerującym sprzeciwu- Jeśli
spróbujecie mnie śledzić- zaczęła i na chwilę urwała z przerażającym uśmiechem-
Zresztą nie uda wam się to- skończyła z satysfakcją i pośpiesznie opuściła
samochód, ginąc gdzieś wśród drzew.
Ruszyłem z
piskiem opon. Wkurza mnie to wszystko. Traktuje nas jak zabawki! Gdyby nie Ona
nie robiłbym tego! Co wygaduje? Jestem debilem, przejmującym się jakimiś snami.
Ona pewnie nawet nie istnieje! Spojrzałem na śpiącego Johna, wyglądał na
zmartwionego. Jaki on ma cel w tym wszystkim? Sam nie wiem…
Jadąc bez celu z
zawrotną prędkością. Zobaczyłem stojącą na środku drogi kobietę. Nie zdążyłem
wyhamować, to było nie możliwe. Skręciłem w bok. Jej twarz mignęła mi przed oczami. Niemożliwe!
Ursa ( Stany Zjednoczone), lata pięćdziesiąte i
sześćdziesiąte
Ursa to mała
wieś… Do dziś zamieszkuje ją niespełna 600 osób. Tak niewielu ludzi, a
potrafiło zniszczyć całkowicie życie młodej Metyski. Codziennie dowiadywała się
jak to jest być niesłusznie oskarżanym. "O wiele trudniej jest sądzić samego siebie
niż bliźniego"- słowa z ,, Małego
Księcia” wciąż były głęboko w jej sercu. Rozumiała jak ludzie traktują
odmienność… Boją się jej, niszczą…
Historia ta zaczyna się, gdy
dziewczynka znalazła się pod drzwiami pewnej kobiety. Niemowlę, porzucone na
pastwę losu, z malutką karteczką : „Isabelle ona
mnie ściga, nie ucieknę… Zabije mnie przy najbliższej okazji. Nie dam rady jej
ocalić. Proszę zaopiekuj się nią. Twój brat Adam…” Kobieta
przygarnęła dziecko z radością, do czasu, tak do czasu…
Gdy dziewczynka miała
zaledwie pięć lat wyszły na jaw jej niezwykłe zdolności. Znała ludzkie zamiary,
wiedziała, że człowiek jest dobry czy zły, ludzkie myśli były dla niej otwartą
księgą. Na początku było to sensacją, ludzie schodzili się by dziewczynka
powiedziała jacy są, by potem pochwalić się sąsiadom… hmm… swoimi zaletami? Dziecko
było jednak nad wyraz szczere… Mówiło to co było niewygodne dla ludzi. Nazwano
je Demonem…
Od tej pory życie
dziewczynki było istnym koszmarem… W szkole, domu, w pracy nie miała życia.
Wytykano ją palcami, grożono spaleniem na stosie, więzieniem. Za co? Za prawdę?
Dlaczego ludzie tak bardzo chcą usłyszeć co o nich sadzimy, a jak ją usłyszą są
wściekli? Dlaczego?!
Jedyne jej oparcie było w
starym kościele, chodziła tam codziennie, ku zdziwieniu dewotek, które uznały
ją za Dziecko Szatana. Jednak szybko znalazły wytłumaczenie tego zjawiska… Nie
szanuje świętego miejsca! Robi to specjalnie, by wprowadzić do Kościoła demona! Ona
przychodziła tu porozmawiać z Bogiem i starym pastorem. On jedyny ją zawsze
wysłuchaj i był dla niej wsparciem. Bronił jej… ale ludzie i tak wiedzą swoje…
Uznali mężczyznę za „naiwnego i uległego”.
Słyszeliście może kiedyś
powiedzenie: ,,Tysiąc razy powtórzone kłamstwo za tysiąc pierwszym staje się
prawdą” Tak też stało się z ta młodą kobietą o imieniu Jeanne… Pastor zmarł i
już nikt nie wykazał dla niej współczucia. Demony jej własnej duszy zaczęły ją
przytłaczać. Przestała kontrolować moce. Najmniejszy kontakt z innym człowiekiem
kończył się lawiną cudzych emocji w jej sercu. Jej niewinna dusza umierała w
męczarniach. Przytłoczona kłopotami swoimi i innych, przestała wychodzić z
domu. Zaszyła się w swoim małym pokoju. Otrącona nawet przez ciotkę, która
czekała tylko jak dziewczyna stanie się pełnoletnia i opuści jej dom.
Jeanne jednak znalazła
przyjaciela… Myślała, że oszalała. Nie możliwe, by go widziała, bo… On pojawił
się w jej lustrze. Przystojny mężczyzna, może trzy lata starszy od niej. Jednak
był inny. Jego wzrok był pełen zawiści, jego czarne włosy z czerwonymi
końcówkami sięgały mu do połowy szyi. Jego rysy twarzy sprawiały, że wyglądał
jak śliczny posąg. Idealny… Przedstawił się jako Shin… Zapewnił ją, że są tacy
sami… Potężni, stworzeni do nienawiści. Jego zdaniem, nie dało się zmienić ich
natury, dlatego wszyscy jej tak nienawidzą. Dusza dziewczyny umarła… Zabił ją.
Zabrał jej niewinność i łagodność. Od tak… Jej oczy z pięknych czekoladowych
stały się czarne, zimne… Tak ludzie potrafią zniszczyć człowieka. Tak nieprawda
zabija ludzi… Shin stał się jej przyjacielem. Nie wiedziała, że był podłym
demonem, żerującym na jej niezwykle czystą duszę.
20 luty 2014 r. okolice Tokio (Japonia)
Zwinnym ruchem
ręki przekręciłem kierownicę. Samochód uderzył w drzewo, ale coś zamortyzowało
uderzenie. Jakbyśmy wylądowali na poduszkach. Nie możliwe! Czy to mogła być
naprawdę ona! Szybko wybiegłem z auta, trzaskając drzwiami. Cholera! Przede mną
stała śliczna Metyska o czekoladowych oczach i długich, falowanych, czarnych
włosach spiętych w kucyka. Miała delikatne rysy twarzy i pełne, malinowe usta
wykrzywione w wymuszonym uśmiechu. Ubrana była w czerwoną, prostą tunikę i
podarte dżinsy. Przy jej pasku połyskiwał w słońcu pistolet… Desert Eagle*… Typowy pistolet
używany przez łowców… Na kilometr wyczuwał w nich platynowe kule. Kolejna
Łowczyni… Ale po co niby ratowała im życie i jak? Jedynym wytłumaczeniem… nie…
ona musi być… czarownicą. Odgarnęła włosy za ucho… Nie! Niemożliwe! Tak
samo robiła ona, identyczny ruch ręką. Wygląd, zachowanie, moc… Jednak… ona
powinna być już babcią, a nie nastolatką…
-Jeanne- szepnąłem do kobiety, ona uśmiechnęła się lekko.
-Nie Alan… Jeanne nie żyje, zostawiłeś ja tam samą na
śmierć. Jak zwykle ratowałeś własną dupę! Mam na imię Ami Usui- przedstawiła
się grzecznie, w jej głosie była dosłyszalna nutka zawodu.
***
Katherine z hukiem otworzyła drzwi do
ogromnej sali i usiadła na wyznaczonym miejscu. Popatrzyła z wyższością na
zebranych łowców. Oni pochylali głowy na jej widok.
-Jak raporty?-
spytała z lekką niecierpliwością.
-Dwanaście demonów,
w tym jeden zdołał uciec- powiedziała roztrzęsiona blondynka.
Ta łowczyni nie pasowała do tego grona.
Wyglądała jak typowa lalka Barbie. Długie falowane włosy, niebieskie oczy, idealna
figura i piękne nogi to wszystko eksponowała mała czarna i wyrazisty makijaż.
-Jak to jeden
uciekł?- zapytała bez emocji Katherine.
To był chyba najbardziej przerażający ton.
Czuło się jakby się rozmawiało ze zmarłym. Jakby była pozbawiona duszy.
Zmarszczyła czoło, dosłownie na parę sekund. Rozejrzała się po zebranych. Nagle
głośno westchnęła.
- Jesteście do
niczego- powiedziała z rezygnacją.
Ze swojego miejsca poderwała się Kaito…
Ten, który jako jedyny wyrażał własne zdanie. Był wściekły. Katherine ogarnęło
rozczarowanie. Ich emocje… można było z nich czytać z jak otwartej księgi.
Chłopak chciał coś powiedzieć. Kobieta jedynie podniosła rękę w celu uciszenia łowców. Jakiś starszy człowiek
gestem ręki kazał się uciszyć młodzieńcowi. Chłopak usiadł z rezygnacją.
Katherine odgarnęła włosy i przemówiła.
-Mam dobre wieści…
Mam mapę do Anielskich Wrót, jednak niepokoi mnie fakt, że mam ją dzięki dwóm
półdemonom- powiedziała, a na sali zapanował hałas- Spokój!- krzyknęła
łowczyni, wszyscy zamilkli i spojrzeli na Owen- Najprawdopodobniej to pułapka,
ale nie ma wyjścia. Muszę zaryzykować. Zbliża się Apokalipsa- skończyła.
W pokoju zapadła długa cisza. Łowcy
zdawali sobie sprawę, że sprawa jest niebezpieczna, ale że grozi im Koniec
Świata? Spojrzeli z trwogą na spokojną przywódczynię. Wszyscy ją podziwiali.
Tak ryzykowała. Grozi jej śmierć, a zachowuje powagę.
-Chciałam powtórzyć
regulamin… Wyjawienie mojego nazwiska , danych z tych spotkań grozi tak ja
zawsze…- zaczęła, zapadła głucha cisza-
Śmiercią- wymówiła ten wyraz z nutką zadowolenia- Wyjawiam moje imię i
nazwisko moim współpracownikom, by choć trochę mi zaufali. By nie wyszły nie
porozumienia typu, że jestem w połowie demonem i powinniście mnie zabić. Chcę
by choć była pomiędzy nami nić zaufania. Jednak jestem surowa… Chronię swoje
życie. Demony marzą o mojej śmierci- powiedziawszy to wstała i udała się bez
słowa do wyjścia. Ludzie pochylili głowy, w tym momencie zastanawiali się, czy
nigdzie nie wypowiedzieli przez przypadek nazwiska łowczyni.
***
-Jeanne co ty
wyrabiasz! Masz zamiar się mścić! Jak widać żyjesz!- wyrzuciłem z siebie- Poza
tym coś ty myślała… że dam się zabić… Powinnaś nie ufać obcym… Zwłaszcza
demonom! Nie rozumiesz, że z natury jestem egoistą! Powinnaś robić swoje i
odwalić się ode mnie! Zresztą widzę, że przystąpiłaś do łowców. Mała biedna
Jeanne. Samotna dziewczynka, która przystaje z tymi którzy się nad nią litują-
wysyczałem.
Tak sprawiałem jej ból. Nie chciałem
tego, ale nie mogę okazać słabość… Cholerna duma demona. Jednak ona też zraniła
mnie. Myślałem, że się domyśli dlaczego ją zostawiłem, a ona… Uwierzyła ślepo
łowcą! Jakby byli święci! Ja nie będę się tłumaczyć… Mam to w dup… dlaczego nie
jestem w stanie tak pomyśleć. Do cholery dlaczego! Dlaczego mi na niej zależy!
W mojej głowie rozległ się cichy szept. Ona
była twoją jedyną rodziną… Siostrą… Cholera! Spojrzałem na Johna . Patrzył dziwnie na
Jeanne. Z niedowierzeniem? Czyżby ją znał? O co tu do cholery chodzi!
Nie zdążyłem wszystkiego przemyśleć, gdy
rozwścieczona dziewczyna rzuciła się na mnie. Szybkim ruchem złapałem ją za
nadgarstki i przygwoździłem do samochodu. Popatrzyła na mnie z nienawiścią.
Zabolało… Zwłaszcza, że nie zasłużyłem na jej pełne pogardy spojrzenie. John
podszedł bardzo spokojnie do dziewczyny, łapiąc ją w pasie, i odciągając ode
mnie.
-Nie ma co brudzić
rączek tym paskudztwem- powiedział do niej mile blondyn.
Myślałem, że go uduszę! Taki z niego kozak!
Pogadamy sobie… Nie cierpię tego głupca! Osiłek bez mózgu! Jednak ona uspokoiła
się i lekko uśmiechnęła do niego. Co on ma w sobie, że laski tak na niego lecą…
Bo jest miły? W sumie ja tez nie mam na co narzekać. John mówi, że to moja wina.
Podobno jestem niemiły i dlatego odpycham dziewczyny. Bzdura!
-Ami, tak? Piękne
imię dla pięknej dziewczyny- spytał, posyłając jej zawadiacki uśmiech.
Jeanne zmieszała się lekko. Na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec.
Nagle zza drzew wyłoniła się postać…
Poczułem demoniczną aurę. O kurde! Całkowicie zapomniałem o tej Wrednej Małpie!
Mieliśmy po nią wrócić. Ona podeszła jakby nigdy nic, w ręku trzymając
tabliczkę czekolady. Jak zwykle je, opycha się słodyczami. Potem zacznie to
popijać wódką… Zawsze to samo. Odgarnąłem włosy z czoła i lekko westchnąłem.
Kate przeszyła podejrzliwym wzrokiem Jeanne. Na jej czole pojawiły się
zmarszczki, które przejawiały jej gniew. Metyska popatrzyła w jej stronę.
Wyczuła jej demoniczną aurę. Półdemonica zaś odkryła, że ta druga jest łowcą.
Ich aury były wręcz widoczne gołym okiem. Kate patrzyła lekceważąco, w sumie na
podwładną. A Jeanne zdawała się nie wiedzieć z kim ma do czynienia? Czyżby nie
wiedziała jak wygląda ich potężna przywódczyni? Chyba nie… Metyska piorunowała
ją wzrokiem.
- Dobrze wyglądasz
Jeanne, twój ojciec byłby z ciebie dumny… Wyrosłaś na potężnego łowcę-
powiedziała bez wyrazu Wredna Małpa. Ona ją zna? Nie to niemożliwe… Musiała
mieć jakiś kontakt z jej ojcem.
-Skąd go znasz?
Może go sama zabiłaś?!- wykrzyczała Metyska.
Ściskała pięści. Zawsze tak robiła, gdy
próbowała powstrzymać łzy. Nic się nie zmieniło. Dalej robi jej się przykro na
samo wspomnienie rodziców. Może dlatego się tak dogadywali. Oboje nigdy ich nie
poznali. Oboje nie wiedzieli kim są.
-Współpracowałam z
nim… Nie sadziłam, że opanujesz tak doskonale magię… Zaklęcie spowalniające
starzenie jest strasznie trudne- odpowiedziała obojętnie na jej wyrzuty, po
czym zmieniła temat.
Chyba oboje byliśmy pod wrażeniem jej
umiejętności magicznych. Co było najdziwniejsza ta dobra dziewczyna… delikatna,
wrażliwa, użyła czarnej magii! Biała magia wyklucza mieszanie się w kwestie
natury, czym z pewnością jest wpływanie na wiek. Jeśli używa non stop czarnej
magii może być niepokonana… Co ja pieprze! Taka jest prawda, że jeśli użyła
czarno magicznego zaklęcia to już nie może używać białej magii! Jest mega
silna!
-Plugawy demon nie
będzie mi wmawiał głupstw!- wykrzyczała Jeanne i nie pytając o nic więcej
szybkim ruchem ręki wyjęła pistolet.
Wycelowała platynową kulę w kierunku Kate.
Ona od niechcenia cofnęła się. Oczy demonicznej
łowczyni zabłyszczały. To był specyficzny błysk. Pojawiał się tylko w
dwóch sytuacjach:
a)
Jak
jadła czekoladę.
b)
Jak
ogarniał ją duch walki.
Teraz sprawdzał się wariant b. Dziewczyna
chciała przetestować nową broń. Zwinnym ruchem wyjęła z pochwy miecz Magdalene.
Nazywał się Ardens Furor. Mało oryginalne. W dosłownym tłumaczeniu oznacza to
po prostu Płonąca Furia. Ta niezwykła katana była o tyle niesamowita, o ile
osoba, która ja używała nie musiała znać magii i zaklęć by miecz pochłonął
ogień. Trzeba było sobie to tylko wyobrazić. Dosłownie na ułamek sekundy na
czole Jeanne pojawiła się zmarszczka zmartwienia. Katherine uśmiechnęła się
pogardliwie. Nie atakowała. Czekała na ruch przeciwniczki. Nie było żartów…
Nawet ta głupia żmija pod maską obojętności, skrywa strach… Na pewno… Ona nie
używa magii… Jej siła wzięła się z długoletnich treningów. Przez tyle wieków
chciała zapomnieć kim jest naprawdę. Niestety platynowe kule mogą zakończyć jej
karierę. Ta kobieta chyba przyciąga kłopoty.
-Nie wtrącajcie
się!- syknęła Kate- Nic jej nie zrobię- zapewniła.
-Oczywiście, że mi
nic nie zrobisz… Nie zdążysz- odparła czarownica i zaśmiała się szyderczo.
Katherine nie odpowiedziała… Uśmiechnęła
się tylko. Dziwnym uśmiechem… tajemniczym. W ogóle wyglądała inaczej. Stojąc na
wielkiej skale wiatr targał jej długie, czarne włosy. Skórzane, czarne ubranie
sprawiało, że wyglądała niezwykle groźnie. Płonący miecz buchał coraz większym
płomieniem, który odbijał się w jej oczach. Nie miała okularów przeciwsłonecznych,
więc w pełni widziałem jej oczy. Zawsze jedno piękne zielone… teraz wręcz
jaskrawe, a drugie przerażająco ciemne. Wyglądała potężnie i władczo… Niczym
bogini wojny… Jeszcze ten tajemniczy uśmiech. Nie miałem zamiaru się wtrącać.
Ciekawiła mnie ta walka jak cholera! W tym momencie przestałem się bać o
łowczynię. Jeszcze raz spojrzałem na jej oczy. Momentalnie zielone oko
zabłyszczało na czarno… Niemożliwe! Musiało mi się wydawać. John chciał podejść
do kobiet. Widziałem w jego spojrzeniu zachwyt nad Katherine i zaciekawienie
Jeanne. Złapałem go za ramię. Spojrzałem mu w oczy. Przesłałem myśl: „Spróbuj się wtrącić, a połamie ci kości,
zapowiada się dobre widowisko. Katherine jej nie skrzywdzi…” Szybko dostałem odpowiedz: „A co z
Katherine?” Złapałem się za głowę, co on się tak martwi o tą Żmiję… w sumie
ślicz… Ugryzłem się w język, co ja odpierdzielam: „Ta Żmija przeżyła setki lat, przeżyje kolejną godzinę”. Przekazałem
mu uśmiechając się złośliwie.
Jeanne zaatakowała. Szybkim ruchem wyjęła
kolejną spluwę i z precyzją zaczęła strzelać. Kula za kulą… Katherine
uśmiechnęła się tylko i zaczęła odpijać mieczem pociski. W oczach jej
przeciwniczki pojawiły się iskry. Zaczęła szeptać zaklęcie. Owinęła ją czarna
poświata. Tak używała czarnej magii. Pociski podniosły się z ziemi, „nasączone”
jej zaklęciem. Tak… To było zaklęcie celu. Kule będą działać dopóki nie dopadną
ofiary! Cholera… Jeanne uśmiechnęła się triumfująco. Żmija zachowała powagę…
Ciekawe czy rozumiała powagę sytuacji. Coś mi mówi, że tak… ale… Kule leciały
wprost na nią. Ona stała… Nie poruszała się. Wariatka! Ona chce tak zginą.
Nagle uniosła miecz… Buchnął płomień. Mimo, że miecz był zaklęty to na jej
rękach pojawiły się bąble od poparzenia. Cholerny ból. Goi się i zaczyna od
nowa parzyć… Chyba rozumiem… Ona wznieca ogień o temperaturze topnienia platyny. Czy jej się
uda? Cholera! Jeśli teraz zginie mamy z Johnem przerąbane. Kule topnieją! Udało
jej się… Katherine puszcza miecz, który momentalnie gaśnie… Zwinnym ruchem
odczepia nóż od paska. Podbiega do oślepionej ogniem Jeanne i przykłada jej bron do gardła. Otworzyła
umysł. Obrazy… Jej jako łowcy… Krew, trupy i ona stojąca na stosie demonów.
Koło niej stoi… jakiś mężczyzna. To zapewne ojciec Jeanne. Pamiętał to
wydarzenie. Zaraz po wojnie odbyła się egzekucja wszystkich demonów, które
przyczyniły się do wybuchu tej masakry. Istna rzeź…
Nikt nie miał litości… Na szczęście
zdołałem uciec. Nie żebym był za coś odpowiedzialny… Ja tylko transportuje
broń.
Czarownica wstaje chwiejnym krokiem.
Uklęka na jedno kolano i schyla głowę.
-Jestem gotowa na
karę Katherine- sensei. Wielka przywódczyni łowców- mówi ochrypniętym tonem.
- Nie mam zamiaru
cię karać, ale pakuj się, idziesz z nami czarownico… I lepiej dogadaj się z
Blackiem. Nie chce byście się pozabijali- powiedziała lekceważącym tonem
Katherine- I następnym razem przychodź na zebrania łowców!- skończyła
obdarzając ją pogardliwym uśmiechem.
Tak jak się spodziewałem jej dłonie nie
zagoiły się całkowicie. Pozostały czerwone ślady… W ogóle co ja się przejmuje! To Katherine! Do
diabła z nią! Coś nie tak… Zwyciężczyni pojedynku złapała się za brzuch.
Łapczywie nabierała powietrza. Obok niej stał już John. Lekko podtrzymywał
kobietę. Ona jednak szybko go odepchnęła. Przez moment… dosłownie ułamek
sekundy… widziałem jak jej zielone oko stało się czarne… Potem… Niemożliwe! Jej
oczy… Jej tęczówki i źrenice zniknęły… Pustka …biel… Jak u Mary… Nagle wszystko wróciło do normy…
Czy mi się wydawało? Jaką tajemnice skrywa Katherine? Dlaczego do cholery nic o
niej nie wiem, mimo że jest najbardziej znanym łowcą na świecie?!
-Idę się przejść!
Wrócę za godzinę! Rozbijcie tu obóz… Dla naszego bezpieczeństwa lepiej się nie
meldujmy w żadnych hotelach…- powiedziała tonem nie znoszącym sprzeciwu i
zniknęła wśród drzew.
Popatrzyłem na Jeanne. Była szczęśliwa
mogąc być przy swojej „idolce”. Zauważyła mój wzrok. Posłała mi pełne
nienawiści spojrzenie. Chciałbym jej wszystko wytłumaczyć… Fala wspomnień
wróciła do mnie ze zdwojoną siłą.
Ursa ( Stany Zjednoczone), 22 IX 1963
r.
Kurde co za
wiocha! Ciekawe co Shin robi na takim zadupiu… Jakaś wartościowa dusza do
zgarnięcia… a może jakaś odskocznia od Caroline… albo Magdalene… Sam już nie
wiem z obiema był w dość niedługim czasie.
Udałem się pod
wskazany adres. Bez pukania udałem się w górę po schodach. Dom był pusty,
otwarte drzwi… Wyczułem tylko energię dwóch osób… Jedną przesiąkniętą mrokiem,
a drugą zniekształconą… Pełną nienawiści, jednak z niej wydobywały się
pojedyncze promienie. Ta dusza walczy… Już wiem dlaczego mu na niej tak zależy.
Silna osobowość, potęga… Czarownica. Wchodzę do pokoju. Pierwsze co widzę to
siedzącą na podłodze dziewczynę… Piękną Metyskę o pięknych czarnych włosach.
Wpatrzona jest w lustro. Gładzi delikatnie jego ramy z ogromną czułością. Tak…
Zwierciadło nafaszerowane jest czarną magią. Odbijają się w nim oczy
dziewczyny… Czarne, ale nie pozbawione jeszcze całkowicie blasku. Nagle w
miejscu odbicia kobiety pojawia się ten plugawy demon. Uśmiecha się do mnie
„serdecznie”. Stary sługa Mary i realizator jej zachcianek. Choć ostatni
słyszałem zaczynał do tej łowczyni. Katherine… Ciekawa osoba, trudno się o niej
czegokolwiek dowiedzieć. W każdym bądź razie ich „randka” skończyła się tym, że
Mary ocaliła mu życie. Szkoda, że ta gówniara musiała się wtrącić.
-Witaj przyjacielu! Poznaj Jeanne… Odwróć się kochana i
powitaj grzecznie gościa- powiedział z udawaną radością Shin, wychodząc z
lustra.
Metyska powstała
i popatrzyła na mnie niepewnie. Zrobiła jeden krok, ale nie wyciągnęła ręki.
Popatrzyła na mnie ze strachem.
-Nie bój się kochana! Alan nic ci nie zrobi. On jest taki
jak my. Nie nienawidzi cię- powiedział spokojnie, jak do dziecka demon.
Po tych słowach
dziewczyna podała mi pewnie rękę. Odwzajemniłem delikatnie uścisk. Shin miał ją
w swojej garści. Szkoda mi jej. Wykorzystał jej słabość przeciwko niej.
-Witaj Shin! Nie jesteśmy przyjaciółmi! Nie udawaj, że jest
inaczej… Mam to co chciałeś! Teraz żądam zapłaty!- powiedziałem stanowczo
demonowi. Nie lubię jak robi się ze mnie żarty.
-Ty jak zwykle w gorącej wody kąpany Alanie! Nic się nie
zmieniłeś przez ten wiek.
Ścisnąłem pięści… Z chęcią rzuciłbym się
na tego padalca! Niestety może byłem i impulsywny, ale zawsze też rozsądny… Nie
szukam kłopotów… Niektórzy uważają mnie za oszusta i zdrajcę, a nie zdają sobie
sprawy, że to ja żyję, a oni znikają po paru dekadach… zapomniani… Spojrzałem
na Metyskę… Nie wiem dlaczego, ale wydaje się być mi taka bliska. Jakbyśmy się
znali… Widzę to w jej oczach, ostanie iskry w czarnej otchłani błyszczą się
samotnie. Tylko dlaczego dziewczyna, która jest tak piękna miała by czuć się
samotna i niekochana? Dlaczego wylądowała w łapach demona? Czy byłaby w stanie
rozszyfrować moje sny? Nie, nie o czym ja do cholery myślę! Muszę skupić się na
pracy. Ale… może…
-Alanie mógłbyś
wpierw pokazać mi owy artefakt. Potem omówimy cenę- powiedział demon,
uśmiechając się złośliwie.
Bez słowa otworzyłem czarną walizkę. W
niej ukazał się niezwykły miecz… Odpowiadał on mocy Shina. Platynowe ostrze,
zakończone diamentową rękojeścią. Podobno wykuty przez same upadłe anioły, tak
jak miecz Magdalene. Niezniszczalny i potężny…
-Czuję jego moc powietrza…
Tak to najprawdziwszy Nere abyssum… Wirująca otchłan… Nie pytam skąd go
wziąłeś, bo pewnie i tak nie zdradzisz… ale dobra robota. Czego za niego
pragniesz?
-Tej kobiety-
powiedziałem wskazując na brunetkę.
20 luty 2014 r. okolice Tokio (Japonia)
Leżeliśmy w śpiworach przy ognisku. Jeanne spała… Była zbyt wykończona
walką, pewnie jutro zaczną się wyrzuty z jej strony. Katherine dalej nie było…
Co ona robi? O co chodzi z tymi oczami? Może Żmije coś zjadło w lesie, w sumie
byłby święty spokój.
-Psst… Alan…
Myślisz, że wszystko z nią w porządku?- spytał blondyn. Co on się taki
troskliwy zrobił?
-Żmijki nie znasz…
Zaraz wróci… Obudzi nas wszystkich i każe nie spać tylko no nie wiem…
stróżować!
-A właśnie nie
powinna jedna osoba stać na czatach?
-Nie martw się
nałożyłem na obóz wszelkie zaklęcia ochronne- odpowiedziałem na pytanie Johna i
przewróciłem się na drugi bok.
***
Podchodzi do mnie kobieta. Długie blond
loki tańczą na wietrze, a biała, długa sukienka lekko unosi się pod wpływem
żywiołu. Stoi do mnie tyłem. Nie widzę jej twarzy, mimo to wiem, że szuka kogoś
gorączkowo. Nagle słyszę jej delikatny i dźwięczny głos:
-Proszę znajdź ją…
Ocal!
W mojej głowie rozbrzmiewają te słowa
wciąż i wciąż tworząc melodię. Przeklętą muzykę. Kobieta znika na jej miejscu
widzę ogromną salę tronową. To Ciemna Strona… Znów ta kobieta… Przynajmniej na
pierwszy rzut oka. Znów stoi tyłem. Tym razem ubrana w czarną suknię, a jej
długie blond włosy spływają aż do kolan. Odwraca się… Widzę piękną twarz… ale
jej oczy… Puste! Dlaczego mam przeczucie, że to nie kobieta z poprzedniej
wizji? Tylko osoba, którą mam ocalić?
***
Znów budzi mnie ten przeklęty sen. Cholera…
O co w nim do cholery chodzi? Prześladuje mnie od wieków… Od wieków ten sam,
niezmienny…
Nadchodzi Katherine… Ciekawe gdzie się
podziewała. Z jej ramienia cieknie krew. Jednak to nie jest zwykłe przecięcie.
Nie goi się… Platyna! Czyżby ślad po walce? Żmija już zauważyła, że nie śpię.
Wstaję… Co ja do cholery robię? Biorę apteczkę Jeanne i biorę bandaż. Co ja się
taki troskliwy robię? Żmija chyba zaczaiła co chcę zrobić.
-Co ty robisz? To
nic takiego- syczy na mnie wściekła.
-Co pani łowczyni
tysiąclecia boi się bandaży. No wiem mumie i tak dalej- zakpiłem z niej. Jest
taka wkurzająca.
Dziewczyna zamilkła i ścisnęła pięści.
Podwinęła rękaw. Moim oczom ukazało się wiele blizn, w tym ta szrama. Obwinąłem
parę razy i mocno zawiązałem. Kurczę, dawno
nic nie opatrywałem.
- Powiesz jej
prawdę?- spytała Katherine. Jej wypowiedzenie było pozbawione emocji.
-Czego?- spytałem
głupio, zapewne chodzi jej o Jeanne.
-Nie chcę tu
waszych kłótni. Wiem dlaczego ją wtedy zostawiłeś. Niestety ona jest całkowicie
oszukana przez łowców. Nie musisz nic jej mówić… Możesz przekazać jej sen.
Twoje wspomnienia…- zasugerowała beznamiętnie i odeszła w stronę ognia.
Miała rację… Muszę jej powiedzieć jak
było. Jak to zabrzmiało, przyznałem Żmii rację… Mam przed oczami tamten dzień.
Takie proste zaklęcie…
Chicago ( Stany Zjednoczone), 26 IV 1965 r.
Byli ze sobą już
dwa lata. Ona Jeanne… jego przyjaciółka, siostra, jedyna rodzina. Osoba, dla
której zrobiłby wszystko. Poświęciłby życie. Tak jak on nie znała rodziny,
wychowała się samotnie w przekonaniu, że jest czystym złem. Oboje nie wiedzieli
kim są. Jest tylko jedna ważna różnica pomiędzy nimi. Ona dobra czarownica, ja
zły demon… To ona zapanowała nad mym mrokiem. Skazałem ją na cierpienie.
Naprawdę jestem egoistą.
-Znalazłam nowe zaklęcie! Może ono będzie odpowiedzią na
twoje sny!- powiedziała podekscytowana
Jeanne.
Siedzieliśmy
właśnie w moim czarnym BMW. Wyjeżdżaliśmy z centrum Chicago. Zmierzaliśmy na
lotnisko. Chcieliśmy wyjechać do Europy. Ona starła mi pomóc w odnalezieniu
rodziny, a raczej informacji o niej, oraz w zrozumieniu snu. Ja szukałem jej
ojca…
Przystanęliśmy w
małej restauracji. Chcieliśmy coś jeszcze zjeść przed lotem. Poczułem łamane
zaklęcie zabezpieczające… Łowcy… Tylko nie to! Spojrzałem na Jeanne, była taka
szczęśliwa. Nie mamy szans uciec, ale jakbym ją zostawił samą. Łowcy pomyślą,
że była przeze mnie manipulowana, a zaklęcie prysło wraz z moim odejściem. Nic
jej nie zrobią… Nie mogą zabijać opętanych ludzi. Jak zostanę i zobaczą ją w
pełni świadomą, przebywającą ze mną. Zabiją ją… Bez litości. Już wiedziałem co
zrobię… Nałożyłem na twarz maskę obojętności.
-Kocham cię Jeanne… Moja siostrzyczko- powiedziałem, całując
ją po raz ostatni w czoło.
-Też cię kocham Alan… Stało się coś?- popatrzyła na mnie
niepewnie, wiedziała, że rzadko mówię o swoich uczuciach.
-Nic, muszę iść do toalety- powiedziałem zerkając ostatni
raz na dziewczynę. Wiedziałem, że robię słusznie, tylko czemu moje serce bolało
tak mocno… Tak mocno… Nie zostało mi nic innego… Teleportowałem się.
***
*amerykański pistolet na nabój rewolwerowy
sobota, 3 maja 2014
Informacja...
Przepraszam... Mówiłam, że notka pojawi się w ciągu tygodnia, minęły dwa i wogóle... Jestem na siebie zła! Niestety brakuje mi czasu i.... weny? Oczywiście nic nie zawieszam nie usuwam bloga... Ale na notkę trzeba będzie poczekać:( Przepraszam jeszcze raz, czuje się jak oszust...
Pozdrawiam
Pozdrawiam
sobota, 19 kwietnia 2014
Wesołych Świąt
Nie umiem pisać wierszyków, nie znam się na tym, ale życzę wam wszystkim spokojnych i wesołych świąt :)
Mokrego dyngusa, smacznego jajka (tych czekoladowych też xD) i dużo szczęścia
Pozdrawiam
Mokrego dyngusa, smacznego jajka (tych czekoladowych też xD) i dużo szczęścia
Pozdrawiam
czwartek, 17 kwietnia 2014
3. Siostra Czystego Zła...
Witam serdecznie J
Przepraszam, że nie dodałam
rozdziału wczoraj, ale chciałam go jak najbardziej udoskonalić J Za to następna notka
pojawi się w ciągu tygodnia. Każdy komentarz z uwagami pozytywnymi i
negatywnymi mile widziany…
Notkę dedykuję- kasia szewczyk - która wykonała ten piękny szablon i pomaga mi w ogarnięciu tego wszystkiego :)
***
Nowy Jork (Stany Zjednoczone), 20
maj 1948 r.
Szara, obskurną ulicą Nowego Jorku szedł
przystojny blondyn. Rozglądał się niepewnie na mijanych ludzi. Na pierwszy rzut
oka nikt się mu nie dziwi. Idzie sam po bardzo niebezpiecznej ulicy dużego
miasta. Można by uznać, że jest skończonym idiotą, chodząc tam sam wieczorem. W
starych, zrujnowanych budynkach mieszkali najbiedniejsi mieszkańcy Nowego Jorku.
To na tej ulicy na każdym kroku mijało się jakiś gang. Byli tu również
emigranci, przeważnie z Europy Wschodniej. Często uciekający przed wojną. Mimo
to, że zakończyła się już trzy lata temu, wielu z nich nie mogło powrócić do
domu. Wielu z nich popadało w nałogi i przyłączało się do lokalnych gangów. Nie
tego jednak obawiał się chłopak. Każdy ludzki napastnik, zaczynając z nim
padłby martwy. Blondyn był bowiem pół demonem. Jego zła natura była
niepokonana, niezwyciężona. Obawiał się czegoś innego… Ludzi, przed którymi
uciekał przez ponad czterysta lat… Łowców… W końcu doszedł do upragnionego
celu. Stał pod budynkiem, chyba najlepiej wyglądającym na tej ulicy. Jako jedyny
dom miał wszystkie szyby w oknach i w miarę białe ściany. Chłopak zapukał do
drewnianych drzwi. W progu pojawiła się ładna Metyska. Miała może osiemnaście
lat. Ciemno brązowe oczy, prawie czarne idealnie podkreślały jej indiańskie
rysy twarzy. Grube, czarne włosy miała splecione w warkocz sięgający połowy
pleców. Ubrana była bardzo skromnie, ale i tak lepiej niż nie jeden mieszkaniec
tej ulicy. Czarno- białą sukienkę w kratkę sięgającą kolan, przewiązaną w pasie
miała szarym fartuchem. Na głowie miała czerwoną chustę. Wyglądając za drzwi
przeszyła blondyna wzrokiem. W ułamku sekundy w jej oczach można było zauważyć
przerażenie. Chciała pośpiesznie zamknąć drzwi, ale mężczyzna szybko je złapał.
-Proszę… Niech mnie panienka
wysłucha- powiedział błagalnym tonem.
Dziewczyna była czarownicą posługującą się
białą magią. Wyczuła czyste intencje chłopaka. Mimo wszystko niepokoiła ją,
rozciągająca się nad nim aura śmierci. Szybki ruchem ręki chwyciła strzeblę,
która leżała na szafce obok drzwi. Broń była naładowana platynowymi kulami-
jedynymi, które mogły zabić demona. Stąd też się wzięły mity o wilkołakach,
które można zabić srebrną kulą. Dziewczyna szerzej otworzyła drzwi, wpuszczając
blondyna. Dalej celowała w niego, on jednak nie przejął się tym. Nie było w nim
krzty chęci życia. Wyjrzała przez drzwi i rozejrzała się po ulicy. Pośpiesznie
zamknęła wejście i ścisnęła krzyżyk,
który wisiał na jej szyi.
-Czego chcesz?!- warknęła
dziewczyna.
Zabrzmiało to trochę zabawnie. Dziewczyna
miała tak delikatny głos jak i posturę, więc jej słowa wcale nie zabrzmiały
złowrogo.
-Słyszałem, że jest panienka
bardzo biegła w sztukach magicznych…- powiedział bezpośrednio blondyn.
Dziewczyna przyłożyła palec do ust i
zaprowadziła mężczyznę do salonu. Pokój ten jednak wcale go nie przypominał.
Znajdował się tu tylko mały, okrągły stolik i dwa krzesła, regały z książkami i mała szafka. Nie było tu
żadnych lamp, tylko wszędzie rozłożone świeczki. Pokój był pomalowany na
fioletowo, choć gdzie niegdzie na ścianach można było zobaczyć czarne plamy...
Podłoga była wyłożona ciemnym drewnem.
-Zdaje sobie pan sprawę, że
jestem córką Łowcy... Jest pan samobójcą przychodząc tu sam. W każdej chwili
mogę pana wysłać do Piekła- oznajmiła poważnie dziewczyna.
-To dlaczego jeszcze żyję?- powiedział
z dziwnym smutkiem zielonooki i przeszył dziewczynę wzrokiem.
-Bo czuję, że zabijając pana
spełniłabym pańską zachciankę… I czuję pański ból po stracie… kogoś bliskiego…
Szukasz go…- odpowiedziała niepewnie kobieta.
-Nie musi być panienka taka oficjalna-
powiedział, zmieniając temat chłopak- Mam na imię John.
Chłopak uśmiechał się do niej promiennie.
Podał jej dłoń, ona niepewnie ścisnęła ją.
-Ja nazywam się Ayati- oznajmiła Metyska.
-To akurat wiedziałem- uśmiechnął się do niej
łobuzersko- Słyszałem, że jesteś najlepszą czarownicą w całej Ameryce… I
najlepiej używasz zaklęć lokalizacji. Ja niestety nie przykładałem się nigdy do
studiowania magii- zakończył wypowiedz z lekkim uśmiechem półdemon.
- Teraz ja mam pytanie. Nie mogę cię rozgryźć.
Czuję od ciebie podwójną aurę… ciemności i ludzką- powiedziała coraz bardziej
ściszając głos Ayati.
-O… Zauważyłaś!- zaśmiał się John- Powiem tak:
Mam podwójną naturę…
-Niemożliwe!- pisnęła dziewczyna- Czyli to
prawda? Jesteś w połowie człowiekiem!- wykrzyczała dziewczyna, ale szybko
złapała się za usta. Na jej policzkach pojawiły się lekkie rumieńce.
-Pomożesz mi?- spytał błagalnym tonem John.
Dziewczyna zamilkła. Usiadła na krześle i zaczęła rozmyślać. Serce
podpowiadało jej by mu pomóc, ale rozum by go wyrzucić ze swojego domu.
Przypomniały jej się słowa zmarłej matki: ,,Po mnie odziedziczyłaś trochę
szaleństwa, prowadzi cię tak jak mnie nasz indiański duch, po ojcu zaś jesteś
bardziej opanowana. Jednak pamiętaj kiedyś będzie taka chwila, w której
będziesz musiała zdecydować, kogo posłuchać: Serce czy Rozum. Czasem warto
wybrać w tej rywalizacji serce”.
-Jeśli ci pomogę narażę się na gniew ojca-
powiedziała z wyrzutem dziewczyna- Ale jeśli ci nie pomogę, będę musiała
zasypiać z niespokojnym sumieniem…
-Czyli pomożesz?- spytał, niedowierzając
chłopak.
-Chyba tak… Musimy się jednak pośpieszyć, bo…-
zaczęła, jednak nie dane jej było dokończyć wypowiedzi.
John
szybko podbiegł do dziewczyny, złapał ja w pasie i zakręcił parę razy. Na jego
twarzy pierwszy raz od bardzo dawna pojawił się szczery uśmiech. Dopiero po
paru sekundach zdał sobie sprawę z tego co zrobił. Zaczerwienił się lekko,
jednak nie tylko on. Gdy dziewczyna stała już na swoich nogach, dokończyła
wypowiedz.
-Mój ojciec jest teraz na polowaniu i wróci za
jakiś tydzień, dwa… Musimy się pośpieszyć. Masz samochód?- spytała nagle.
Chłopak pokiwał głową.
-No to ruszamy po potrzebne zioła- oznajmiła
kobieta.
Tokio (Japonia), 16 luty 2014 r.
John:
Znów
w prześladują mnie wspomnienia. Znów widzę jej zarumienioną twarz. Taką piękną…
Oddałbym wiele by teraz była ze mną. Tylko ona mnie rozumiała… Nie bała się
mnie… Była moją drugą ukochaną siostrzyczką
Co
to za krzyki?! Dziwny sen… Do tego to kobiecy głos, a ja nie miałem z żadną
większego kontaktu od lat osiemdziesiątych. Odwracam się w drugą stronę. Nagle
czuje ogromny ból głowy. Ktoś mnie walnął z całej siły w łeb. Zabiję! Czuję się
jak na jakimś kacu. Otwieram oczy… Nade mną stoi Katherine. W ręku trzyma grubą
książkę. Sprawcę bólu mojej głowy. Łowczyni jest nieźle wkurzona! Jak mogłem
zapomnieć, że już nie jestem sam z sobą.
Może
jestem dziwny, ale… Katherine jest podobna do niej… do osoby, którą poszukuję
od wieków… Jej oczy… Co ja wygaduję! Szaleje! Moja mała Katherine po pierwsze
była blondynką, do tego bardzo dobrą i delikatną. Totalne przeciwieństwo
Łowczyni!
- Wstawaj leniu patentowany! Musimy się stąd
zmywać!- krzyknęła dziewczyna, rzucając we mnie walizką. Jednak na szczęście
szybko ją złapałem. Uniknąłem kolejnego bólu.
Szybko wstałem i wyciągnąłem pieniądze z walizki. Oczywiście ja za
wszystko płacę! Cholerny Alan! Zabiję go!
-Mam do was jeszcze jedno pytanie…- zaczęła Łowczyni,
odwróciwszy się do nas- Dlaczego chcecie otworzyć Anielskie Wrota? Czeka was
śmierć!- krzyknęła dziewczyna, mierząc nas wzrokiem.
-Nie jesteśmy demonami! W połowie jesteśmy
ludźmi! Są w nas dwie natury i staramy się by dominowało w nas człowieczeństwo-
powiedział poważnie Alan- Dlatego pomagając aniołom…- zaczął brunet.
- Liczycie, że aniołowie was oszczędzą i
spełnią w podzięce wasze jedno życzenie- skończyła Katherine.
-Masz rację- odparłem.
-Naprawdę w to wierzycie?- spytała z kpiną w
głosie.
-A ty, dlaczego to robisz? Przecież uważasz, że
zabiją nas.
- Po pierwsze: aniołowie dokończą moją misję, a
po drugie: ja chcę umrzeć- powiedziała z nutką zamyślenia dziewczyna.
Wybuchła śmiechem… Była przerażająca. Bałem
się jej bardziej od królowej Mary. Pośpiesznie wzięła swoją walizkę i wyszła z
pokoju, ruszyliśmy za nią.
Po
dwudziestu minutach jazdy dotarliśmy do małej restauracji. Musieliśmy w końcu
coś zjeść. Weszliśmy do budynku. Miejsce to było bardzo ładnie urządzone.
Wpadało do niego dużo promieni słońca z dużych i licznych okien. Stoliki były
ułożone w lekkim nieuporządkowaniu i nakryte błękitnymi obrusami. Nad nimi
unosiły się nisko powieszone lampy. Ściany były pomalowane na jasny niebieski,
a podłoga wyłożona była białymi panelami. Wszyscy tam zebrani popatrzyli na nas
zdziwieni. Może doprecyzuję, popatrzyli na Katherine ze zdziwieniem…
Kontrastowała całkowicie z tym miejscem. Ubrana w skórzany, czarny strój, w
ręku trzymająca tego samego koloru kask, wyglądała jakby ktoś dokleił ją z innego
zdjęcia do obrazka przedstawiającego spokojnych i nudnych ludzi. Podeszliśmy do
stolika na samym końcu sali. W naszą stronę szła lekko zestresowana kelnerka.
Raczej nie pochodziła z Japonii. Wyglądała bardziej na Europejkę. Rude włosy
miała spięte w luźny kok, przez co jej piegi na twarzy były bardziej widoczne.
Łagodnie patrzące, szare oczy podkreślały jej delikatne rysy twarzy. Kelnerzy
byli ubrani w czarne długie spodnie i białe koszule. Dziewczyna nie stanowiła
wyjątku. Podała nam kartę dań. Wzięła ją Katherine. Przeszyła wzrokiem kobietę,
jakby z lekką… obawą. Niemożliwe! Teraz jej twarz wyrażała wściekłość.
-Jak to nie ma wódki- syknęła Łowczyni.
Ledwo powstrzymałem się od śmiechu, Alan wręcz przeciwnie. Wybuchł
niepohamowaną radością. Musiał wiedzieć jaką restauracje wybiera. Zrobił jej na
złość. Rudowłosa dziewczyna lekko się zarumieniła.
-Poproszę kebab i mocną kawę- powiedziałem do
kelnerki, przerywając Alanowi i Katherine mierzenie się wzrokiem. Myślałem, że
zaraz wydłubią sobie oczy. Brunet zamówił to samo.
-Ja poproszę duży deser lodowy, ciasto
czekoladowe, dwa pączki i dwie filiżanki gorącej czekolady, bardzo słodkiej-
powiedziała brunetka do kelnerki.
Popatrzyliśmy na nią ze zdziwieniem. Ona ma zamiar to wszystko sama
zjeść. I ja oczywiście za wszystko płacę!
-Nie jedz tyle, bo zgrubiejesz Kate- powiedział
wrednym tonem Alan.
-Chyba nie patrzyłeś w lustro- wysyczała półdemonica-
I nie mów do mnie Kate!
Chłopak zaśmiał się złośliwie. Lubił wyprowadzać dziewczynę z równowagi.
Przeginał… Może nie może nas teraz zabić, ale potężnie okaleczyć już tak.
-Spokój!- krzyknąłem, nie wytrzymując ich
kolejnej kłótni- To nie pora na bezsensowne kłótnie...- ściszyłem głos. Oboje
spiorunowali mnie wzrokiem. Złapałem się zrezygnowany za głowę.
Tę
„miłą dyskusję” przerwała kelnerka, która przyniosła zamówienie. Uśmiechnęła
się lekko do nas. Katherine przeszyła ja wzrokiem… Jakby… Chciała poznać jej myśli.
O co znowu chodzi tej kobiecie? Wzięliśmy się za jedzenie. Spojrzałem na nią…
Ona na serio to wszystko je.
- Kate… Spójrz! Widzisz tą nowa fałdkę na
brzuchu- zaczepił Łowczynię, Alan.
Serio jest totalnym debilem. Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem, gdyby
mogła nim zabić, już dawno leżelibyśmy martwi. Jedzenie stanęło mi w gardle.
-Wyjmij mapę Black- rozkazała dziewczyna.
-Skąd znasz moje nazwisko?- spytał zaskoczony.
Zdziwiłem się. Nie podawaliśmy jej swoich danych. Było to niebezpieczne
dla misji. Może używa magii… Albo byliśmy zbyt lekkomyślni?
-Półdemon, Alan, czarne włosy, niebieskie oczy…
Gdzieś coś takiego słyszałam… Jesteś znanym znawcą broni, od wieków ją
sprzedawałeś w Ciemnej Stronie i wśród Łowców. Zastanawia mnie jedno… W latach
trzydziestych ubiegłego wieku osobiście wydałam polecenie egzekucji na tobie.
-Nie tak trudno upozorować swoją śmierć-
powiedział lekceważąco brunet- Poza tym miło mi, że jestem taki sławny- oznajmił
puszczając do Katherine oko.
Dlaczego on tak kusi los?! Serio chce dostać w twarz? Dziewczyna o dziwo
pokręciła lekko głową i… z lekkim uśmiechem… albo czymś podobnym powróciła do
jedzenia słodyczy. Gdy zjadła już wszystko… Tak wszystko! Odezwała się do
Alana.
-Mapę pokarzesz mi później! Musimy stąd spadać!-
powiedziała spokojnie dziewczyna, dopijając ostatni łyk gorącej czekolady.
Dlaczego mamy stąd spadać? Jest tu jakiś
Demon? Przecież nic nie czuję. Ruszyliśmy za dziewczyną na zewnątrz, szybko
dałem kelnerce banknot. Dziwne… Ta ruda ruszyła za nami.
Wieś w okolicach Nowego Jorku (Stany
Zjednoczone),27 maja 1948r.
W
czarnym Mercedesie zawzięcie rozmawiała dwójka ludzi. Oboje śmiali się do
rozpuku. Wspominali przeszłość i rozmawiali o głupotach. Obojgu przestało to
przeszkadzać, że ona jest wiedźmą, a on półdemonem. Chcieli by ta chwila trwała
wiecznie.
-Naprawdę znałeś Michała Anioła?
-Tak przez dwa lata byłem jego uczniem-
zapewnił kobietę, John.
-Kłamca!- krzyknęła i uderzyła chłopaka w
głowę. On jęknął z bólu. Dziewczyna miała trochę siły…
-Ej! Ja Kłamcą!- oburzył się chłopak, ale po
chwili wybuchł śmiechem- To tu?- spytał chłopak wskazując na pole pełne
fioletowych kwiatów.
-Tak- potwierdziła dziewczyna szybko, wychodząc
z auta.
Wbiegła na pole pełne kwiatów. Jej włosy delikatnie tańczyły na wietrze.
Radosna zbierała rośliny. Czuła się tam jak w domu. Chłopak przyglądał się jej
z podziwem. Znali się tylko tydzień, a na myśl, że za chwilę będzie musiał
wyjechać, robiło mu się żal. Dziewczyna stała się jego przyjaciółką. Pierwszy
raz od czterystu lat nie czuł się samotny. Brunetka podbiegła do niego z
bukietem kwiatów werbeny.
- Mamy już wszystko. Mogę rzucić zaklęcie
lokalizacji- uśmiechnęła się do niego, ale po chwili posmutniała- Będziemy
musieli się rozstać?- spytała oczami pełnymi bólu.
-Oczywiście, że nie!- zaprzeczył chłopak i
złapał dziewczynę w tali.
Uniósł ją do góry i zakręcił w powietrzu. Dziewczyna zarumieniła się,
ale wciąż patrzyła na zielone oczy chłopaka. Ten widok zarumienionej i
szczęśliwej Ayati miał wspominać przez kolejne dekady swojego życia. Wiedział,
że to co jej powiedział było totalną bzdurą, ale na tą chwilę chciał uwierzyć w
swoje słowa.
Tokio (Japonia), 16 luty 2014 r.
John:
Zmierzaliśmy do naszego auta, ale nagle Katherine stanęła i odwróciła
się w stronę podążającej za nami kelnerki. Nagle zrozumieliśmy powód naszego
wyjścia. Wokół kelnerki pojawiła się aura ciemności i śmierci. Przed nami stała
Magdalene, chyba najgorsze co nas mogło teraz spotkać. Wszystkim wiadomo jak
Katherine zabiła jej syna… w brutalny sposób… rozrzucając jego prochy w lesie.
Demonica nienawidziła Katherine, mało powiedziane, za wszelką cenę chce jej
śmierci. Ciekawi mnie tylko jedno… Jak Katherine wyczuła jej aurę?
-Witaj Magdalene! Dawno cię nie widziałam… Już
postanowiłaś spotkać się z synem w Piekle!- krzyknęła do niej brunetka.
Demonica momentalnie przybrała pozycję bojową. W jej oczach pojawił się
ogień, włosy rozproszone przez wiatr zaczęły płonąć, tak jak jej miecz. Łowczyni
zaczęła się śmiać z pogardą.
-Wiesz dobrze, że go zabiłam… Tchórze powinni
być martwi… Odwagi po tobie nie odziedziczył. Wolał zaatakować mnie, gdy
spałam. Nie przewidział biedny, że mnie nie da się zaskoczyć- powiedziała ze
złośliwym uśmiechem dziewczyna- Mój platynowy miecz wchodził w niego jak w
masło- skończyła Łowczyni, odwróciła się na chwilę w naszą stronę- Nie wtrącajcie
się!- krzyknęła.
Alan
usiadł pod drzewem w celu obejrzenia walki. Nic go nie obchodziło… Była to dla
niego niezła rozrywka… W sumie ja też byłem ciekawy co z tego wyniknie.
Po
usłyszeniu słów Katherine, ognistowłosa rzuciła się na nią. Łowczyni zrobiła
szybki unik. Nie atakowała. Pierwsze minuty wyglądały jak zabawa w kotka i
myszkę. Magdalene atakowała, a brunetka robiła uniki. Z demonicy uciekały siły,
a dziewczyna miała niezłą zabawę. Płomienno oka kobieta nagle stanęła w jednym
miejscu. Zaczęła szeptać jakieś zaklęcie, jej miecz pochłonął jeszcze większy
ogień. W stronę Katherine ruszył huragan ognia. Dziewczyna zrobiła salto w bok,
niestety kula ognia trafiła w jej motocykl powodując eksplozję. Łowczyni
wylądowała przygwożdżona do pnia drzewa. Chciałem jej pomóc, ale Alan złapał
mnie za ramię. Nie pozwolił mi się ruszyć.
-Zaraz zobaczysz wejście smoka- zadeklarował
szeptem.
Demonica zbliżała się wolnym krokiem w stronę Katherine. Miała wysoko
uniesiony miecz, który w tej chwili miał dopełnić jej zemsty. Magdalene
wykonała zamach płonącą bronią i… Katherine złapała go… Tak złapała! Z jej
oparzonej i przeciętej ręki popłynęła krew. Nawet nie chcę wiedzieć jak to
boli. Momentami super, że szybko się goją nasze rany, ale jednak czasami. Ręka,
którą nie powinna już czuć po tak dużym oparzeniu, wciąż się goi i kaleczy i
tak w kółko. Jednak zamiast bólu na twarzy łowczyni, zobaczyłem gniew i
pogardę. Odepchnęła Magdalene, popychając jej miecz. Demonica wylądowała na
ziemi.
-Ty Żmijo! Zniszczyłaś mój najukochańszy
motocykl! To był unikatowy model!- krzyknęła rozwścieczona Katherine.
Jeszcze nigdy nie widziałem jej takiej wściekłej. Płomienno oka zaśmiała
się pogardliwie. Jej płomienie przybrały odcień czerni. To jej ostateczna forma
walki. Łowczyni wyjęła swoje pistolety. Zaczęła z ogromna precyzją strzelać do
kobiety. Ona tylko odbijała platynowe kule. Strzał za strzałem. Wybuch za
wybuchem. Kobiety na przemian celowały w siebie i unikały ataku. Jednak energia
Magdalene, która nadużywała magii była coraz słabsza. Brunetka coraz bardziej
zawzięcie celowała w kobietę, co jakiś czas uzupełniając magazynek. W jej
oczach było widać już tylko chęć mordu. Wycelowała broń w rękę Magdalene, która
upuściła płonący miecz. Katherine szybko podbiegła i weszła w posiadanie
magicznej broni. Pchnęła demonice w bok. Ta upadła… Dziewczyna chciała zadać ostateczny
cios, gdy nagle wokół kobiety pojawiła się czarna poświata… tak mroczna… taką
ma tylko… niemożliwe… Pomiędzy łowczynią, a ledwo żywą ognistowłosą stała
królowa Mary. Jak zwykle wyglądająca na dziesięcioletnią dziewczynkę władczyni
„spoglądała” na nas swym pustym wzrokiem… Uśmiechała się promiennie i niewinnie
do Katherine, odgarniając z czoła blond loki.
- Siostrzyczko… Ile razy ci mówiłam byś nie
zabijała moich bliskich- powiedziała ze smutkiem do łowczyni.
Jaka
siostrzyczko? O co tu do cholery chodzi!
-Dawno cie nie widziałam Mary, a teraz się
posuń, muszę zabić tą Żmiję.
-Nic jej nie zrobisz kochana… Ona wraca ze mną-
powiedziała dalej ze smutkiem dziewczynka- Nie przytulisz mnie, jak dawniej?-
spytała dziewczynka.
-Jak już cię zabije może tak- powiedziała z
pogardą Katherine.
Dziewczynka zaśmiała się przeraźliwie, w jednej chwili stała się ze słodkiej
dziewczynki, potworem bez uczuć. Rozpłynęła się z Magdalene we mgle. Byliśmy z
Alanem nieźle zdezorientowani. Cholera,
już nic nie rozumiem. Dziewczyna ścisnęła mocniej dłoń na rękojeści miecza.
- Idźcie wymazać ludziom pamięć- szepnęła
lekko, nie odwracając się do nas.
Dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę, że gapi się na nas tłum ludzi.
Pewnie myślą, że kręcimy jakiś film… ale… Wolę już nie wkurzać Katherine.
Nowy Jork, 28 maja 1948 r.
Pod
drzwiami obskurnego budynku stał blondyn. Dziś miało spełnić się jego marzenie.
Zapukał do drzwi. Niestety zamiast uśmiechu i delikatnego rumieńca na twarzy
przyjaciółki zaprosiły go do środka silne ręce. Wtedy zobaczył Ayati przywiązaną
do krzesła. Miała podbite oko, a jej piękne czarne włosy były w totalnym nieładzie.
Patrzyła na chłopaka ze strachem i… miłością… nie miłością jak jest pomiędzy
kobietą, a mężczyzną, ale miłością rodzeństwa . Człowiek, który pociągnął mnie
brutalnie i przywiązał do drugiego krzesła to zapewnie jej ojciec. Człowiek
wysoki, dobrze zbudowany. Z furią w brązowych oczach, tak podobnych do jej oczu
i ustach zasłoniętych przez bujne, siwe wąsy przyłożył mieszańcowi strzelbę do
brzucha. Już powoli przyciskał spust, gdy nagle na miejscu chłopaka siedziała
jego córka, nie zdążył pomyśleć, drogocenna kula przebiła brzuch dziewczyny.
Wykonała zaklęcie teleportacji. Chciała uratować jedynego przyjaciela. John
zyskał nadzwyczajna moc… sznury, które go skrępowały w całości spłonęły… W
sekundzie znalazł się obok dziewczyny, popychając skołowanego łowcę. Stargał
fragment koszuli przykładając ja do rany kobiety. Uśmiechał się do niej przez
cieknące łzy.
-Wszystko będzie dobrze… Nic ci nie będzie…-
jąkał się John, kołysał dziewczynę w ramionach. Ona odwzajemniła uśmiech.
Materiał, który przyłożył do jej rany był już cały przesiąknięty krwią.
-Kocham cię… - zaczęła, wypluwając z ust krew-
jak brata…- dokończyła.
-Ciii… Wiem…- uspokajał ją blondyn.
-Ona… twoja siostra…- wypluła czerwoną ciecz- Jest teraz w Berlinie, nie zmieniła
nazwiska i teraz zajmuje się…- nie dokończyła.
Jej
mięśnie się rozluźniły. Oddała ostatnie tchnienie. Chłopak nie puszczał jej
martwego ciała.
-Też cię kocham… moja nowa siostrzyczko-
wyszeptał do ucha dziewczyny, zamykając jej oczy.
Za
sobą usłyszał strzał. Huk… Ciało łowcy padło bezwładnie na ziemię. Strzelił
sobie w głowę. Chłopak ucałował ostatni raz ciało Ayati w czoło, wstał…
Pośpiesznie wsiadł do swojego Mercedesa.
W nim wciąż był obecny zapach dziewczyny. Przekręcił kluczyk, jego oczy w
momencie zaświeciły się na czarno… tylko na chwilę…
Subskrybuj:
Posty (Atom)

